Po słowie


egzemplarz w Bibliotece "mojego ogólniaka"
To wydanie W Polsce (2010) różni się od dwóch poprzednich (1981, 1983) tym, że nie ma w nim brzydkich słów. Kiedy w marcu 1976 w Sopocie doznałem epifanii literackiej nadciągającej rewolucji solidarnościowej, włącznie z jej ciężkim spartoleniem – i co, nie było jak napisałem? – to do wylewającego się w następnych tygodniach tekstu zaczęły mi się pchać brzydkie słowa drzwiami i oknami, czasownikami, rzeczownikami, przymiotnikami, imie­słowami, i przysłówkami nawet. Naturalnie jako pisarz nie mogłem stanąć w poprzek takiej twórczej fali.

Ile potem musiałem za to wycierpieć. Własny ojciec z matką odwrócili się ode mnie. We wrześniu 1977 przyjechałem, pamiętam, do rodzinnego Elbląga prosto ze spotkania „młodych pisarzy Wybrzeża” w Wieżycy, już trzeźwy. W domu przy sto­le w kuchni siedział ojciec, matka na zakupach. Cześć tato, to, tamto, i po paru minutach wykładam jak fula na stół maszynopis W Polsce. Na zjeździe „młodych pisarzy” kucnęli przed nim za­sadniczo wszyscy – kto nie wierzy, niech dziś jeszcze spyta sto­łujących się tam wtedy Boleckiego, Terleckiego, Pawlaka, Rośka, Chwina itp. W wyniku takiego powodzenia straciłem kontakt z realem rodziny.

Mafia



Po pół roku w Plaza Hotel zatrudniłem się jako pełny kelner w West Village u Włochów z mafii. Mówię, że restauracja mafijna, ale mówię z grubsza. Usadowiona na zachodnim brzegu Manhattanu z widokiem na nadhudsońskie zachody słońca, knajpę otworzyła grupka znajomych z tej samej włoskiej dzielnicy na Brooklynie. I jak to włoskie dzielnice, dzieciaki wychowały się z innymi włoskimi dzieciakami, z których niektórzy podczepią się z czasem do wagonu Mafii, ale więzy pozostaną i podobnie sentyment do Mafii, gdyż wiseguys nie robili szkody swoim sąsiadom z dzielnicy. Wręcz przeciwnie, trzymali sąsiedztwo czyste od zewnętrznej bandyterki i robili dla nich fajerwerki na 4 Lipca.

Oak Room


Po pluszowym roku jako bibliotekarz uniwersytecki przyszedł czas uderzyć w Amerykę solo. Bo pierwsze dwie fuchy jak i pierwsze mieszkanie na Upper East Side załatwił mi etniczny nepotyzm polski. Nie kalam tu oczywiście gniazda, ale ludzie w większości nie mają pojęcia jak ogromna jest różnica między przebyczaniem życia w grupkach, a szturmowaniem solo.
Tym razem udałem się do nienepotycznej agencji kelnerskiej, przybuliłem - to był czujny ruch, inaczej mógłbym oglądać takie coś przez okno – i dostałem pracę busboya w restauracji Oak Room w Hotelu Plaza. Miejsce było żywą historią Ameryki.

Oak Room w "Północ, północny zachód" Hitchcocka

Upper East Side


Brownstone na lewo pod drzewem
Moje wejście w Amerykę w 1983 to był spacerek. Polsko–nowojorska elita z korzeniami jeszcze w II RP załatwiła mi mieszkanie w domu znanej amerykańskiej rodziny na Upper East Side.
Nexus sił świata, można powiedzieć. Moim gospodarzem był profesor Princetown, jego żona oddawała się globalnie w sąsiedzkim UNICEF, jego brat był autorem przemówień JFK. Andy Warhol kupił dom na naszym bloku, który wynajął od niego Mick Jagger. Dwa bloki dalej na zachód przy Madison Ave Richard Nixon chciał kupić co-op, żeby jego słabująca Pat miała bliżej do szpitali, ale rada mieszkańców nie wpuściła go za próg.
Blok na północ od tych post–McCarthy’owskich poprawin nowoczesny patrycjusz William F. Buckley Jr. miał duplex. Media drugiego sortu, czyli wszystkie politycznie na prawo od zboczonego i tak milę w lewo centrum, nie mogły się nachwalić, że na rautach mogło tam bywać „nawet więcej głów państw niż w sąsiednim ONZ!”.

Neokonserwatyzm


Mamy w USA ten fenomen ruchu neokonserwatywnego. Korzenie tej ideologii sięgają trockizmu i jego imperatywu permanentnej rewolucji (przemalowanego na "permanentną walkę o demokrację" do użytku dzisiejszego). To o "permanentną rewolucję" okularnik Trocki pożarł się w latach 1920. z okopującym się coraz wygodniej w "socjalizmie państwowym" buhajem Stalinem, co tego pierwszego kosztowało w 1929 wygnanie, a w 1940 spotkanie z czekanem.
  Ale szerzej ujmując, amerykański neokonserwatyzm to ta część intelektualnej energii żydowskiej, która naturalnie znajdowałaby ujście na prawicy politycznej, w tym skrajnej, gdyby wyrażała się u siebie w domu. W diasporze jednak, w tym wypadku amerykańskiej, do lat praktycznie 1970. kotłowała się ona prawie w zupełności na lewicy (z obustronnych powodów, naturalnie, barier, resentymentów, etnicznej niekompatybilności). Najlepszy dowód, że w zasadzie wszyscy współcześni amerykańscy neokonserwatyści żydowscy, czyli twarde jądro ruchu, pomimo przyjmowania szeregu pozycji stricte lewicowych w polityce wewnętrznej USA, np. popierania dalszego dużego napływu imigrantów z Trzeciego Świata i rozmywania w ten sposób tradycyjnie europejskiego charakteru kraju, w stosunku do Izraela utożsamiają się i utrzymują ścisłe osobiste kontakty z politykami prawicowego, etnonacjonalistycznego, genetycznie patriotycznego, zapartego w okopach św. Narodu, ksenofobicznego, rasistowskiego i ekspansjonistycznego izraelskiego Likudu (dawno nie pisało mi się wyliczanki z takim szwungiem, no ale widział kto taką wielką "belkę w oku" u kogo ostatnio?).

Peterborough


Heyward Studio. MacDowell Colony
Pierwszą rzecz po angielsku napisałem w Nowym Jorku w 1990. O miasteczku dzieciństwa „Lubark”. Od lubić, proste. Ludzie kochają powroty do miejsc dzieciństwa, parapetu w kuchni, dołka na boisku, okładki elementarza. Czesław Niemen płakał jak bóbr kiedy pojechał po latach na Białoruś i zobaczył dalej ten sam prowizorka-kamień, co go rodzina wcisnęła pod słup furtki żeby się nie chwiała. Dzieciństwo to podstawa, są nieszczęśliwe wyjątki, ale nie mogą być komunią.

Lubark załatwił mi zaproszenie do Kolonii MacDowell w Peterborough w stanie New Hampshire na pisarską rezydencję. Thornton Wilder napisał Nasze miasto w MacDowell. Kiedy zobaczyłem pierwszy raz tę sztukę w komunistycznej TVP w fazie nastolatka, spowinowaciłem się z jej dobroświatem jakbym spędził tam całe wakacje. To był duch zasiewny, bryza do podróży.

Czy Margaret Sanger lubiła kwiaty?


Robota u Nancy. Kobiety pojedynczej, jak tu mówią. Cięcia żywopłotu na parę dni, wysokie bzy, potem może stolarka w kuchni.
Nancy miejscowa, rodzice po drugiej stronie miasteczka. Ma z 35–tkę, musiała wymiatać dyszkę temu. Blondynka, chyba nie z butelki. Lubiła śpiewać country, po junior college’u pojechała szukać szczęścia w Nashville. Nie znalazła. Ale dalej kręciła się w światłach rampy jako piosenkarka chórkowa. Wróciła do miejsc rodzinnych dwa lata temu, wyczuwam wypalenie. Rozwód może. Może słabością był pociąg do silnych męskich ego. Nashville przelewa się od tego. Mogło być dwóch, tak mi coś receptory mówią. Dwóch dżingizhanów wystarczy, żeby wyjąć z kobiety większość co ma najlepszego do zaoferowania.
Pracuje w Planned Parnethood. Nie bardzo tam przynależy, jest trochę jak dziewczyna na posyłki. Ale niełatwo o pracę w małych miasteczkach. Ostatniego dnia roboty mówi, że rozmawiała z dyrektorką PP i jest u nich parę rzeczy do zrobienia. Czy bym na to poszedł. Tak wyraziła się ostrożnie. Wiadomo, PP. Usuwanie ciąż. Aborcje.

Co za siebie rzucisz, to przed sobą znajdziesz


Chciałbym żeby jak najwięcej Polaków przekonało się dziś o jednym. Tak jak jeden z blogerów trafnie opisał samym już tytułem sytuację międzi Polakami i Żydami dziś: „Spadły maski – i wypadły kneble”, tak w Ameryce biała większość wybuchnie przeciw Żydom kiedy do powszechnej świadomości wejdzie przekonanie o kluczowej roli Żydów [pdf] w zdezaktualizowaniu Immigration Act of 1924 z jego National Origins Act regulującym imigrację do kraju w proporcjach etnicznych jakie ustaliły się przed rokiem 1890 (czyli zachowującym tradycyjną strukturę etniczną narodu) i wprowadzenie w jego miejsce Immigration and Nationality Act of 1965, będącego praktycznie otwarciem śluz i zalaniem Ameryki populacją tzw. Trzeciego Świata. To się dzieje. Biali staną się mniejszością we własnym kraju. „Wpadka” z Trumpem tego świetnie toczącego się procesu to podświadoma próba zatrzymania nieuniknionego przez białych. Nie uda się. Przyjdzie czas, że wypadną „kneble” z głów, będzie potężny wybuch antyżydowski. Stare już nie wróci, nie "będzie jak było". Bardzo dobrze dla Polaków i Polski. Róbcie swoje ale bierzcie to w rachubę.

UJ


Przyszedł mail z Polski.
W nagłówku: Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego prosi o rozmowę.
W treści: Szanowny Panie, w ramach przedmiotu Lewica w Polsce Powojennej wykonuję referat dotyczący Pana życiorysu. Pomyślałam, że zapunktowałabym chociaż drobną rozmową z Szanownym Panem. Czy jest możliwość, abym zadała kilka pytań?
No jest.
Zadała.
Odpowiedziałem:

Jak Zbigniewowi Herbertowi siadła kasa


Herberta nie znałem, kiedy szumiałem w Warszawie on był na Zachodzie, żonę poznałem na jednym z warszawskich obiadów. No i jesienią 1980 była w Warszawie ekipa TV z Holandii i oni poprosili żebym czytał „Przesłanie Pana Cogito” im do kamery. A po końcowym „Idź” podniósł oczy i pięknym zbuntowanym wzrokiem wlepił się przeciągle w ten ich przyrząd. Rok potem spędzałem Wigilię ‘81 u znajomych na Montmartre w Paryżu i zadzwoniły panie z Holandii, że właśnie szedł w ich TV film o Solidarności, w którym czytałem Herberta, i że dobrze wyglądałem. Nie będę polemizował.

Detroit


Afrykański autor sięgnął do płaskiej teczki na stole, wyjął zaraz z wierzchu kartkę, i wolno i dobitnie, sylaba po sylabie, z sadystyczną, by nie powiedzieć morderczą satysfakcją, zacytował z Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego herbu Nałęcz aka Joseph Conrad: 

– „Pewnien olbrzymi samiec czarnuch napotkany przeze mnie w Haiti stał się dla mnie obrazem tępego, wściekłego, bezrozumnego szału na zawsze. Postać tego czarnucha nachodziła mnie potem w snach latami”...

Blady strach padł na pogrążonych dotąd w progresywnym błogostanie uczestników spotkania literackiego w lofcie nowojorskiego PEN. W ułamku sekundy ich wyższe funkcje umysłowe zostały miażdżąco zablokowane na pierwszy rozpoznawalny dźwięk słowa „czarnuch”, w wyniku czego zostali poddani bez reszty władaniu mózgu pierwotnego, tzw. gadziego.
W rezultacie zamienili się w swoich własnych oczach w małe odstręczające potworki. Robaki nieczyste. Banici z jasnej ziemi.

Wybuch


W końcu lat 1970. w Ameryce magazyn telewizyjny 60 Minutes był u szczytu oglądalności. W jednym z sezonów nadano segment o słynnym pornografie i inny, o ewangelikalnej siostrze ewangelikalnego prezydenta Cartera. Po emisji producent zatelefonował do pornografa, że ewangelikalna siostra ewangelikalnego prezydenta USA prosi o kontakt. Pornograf mało nie spadł z łóżka. Ale oddzwonił. W rozmowie siostra prezydenta starała się go przekonać, że mają dużo wspólnego i powinni się poznać. Według niej, pornograf i ona podobnie nie znosili represji seksu. Z tym że ona w małżeńskim łóżku, a on wiadomo. Dla niej to już był dobry początek.
Pornograf nazywał się Larry Flynt, niektórzy znają go z filmu Miloša Formana. Podczas rozmowy siostra prezydenta, Ruth, nalegała, żeby pornograf przyleciał do niej na obiad, bo przecież ma odrzutowiec. A pornograf, że biz na okrągło, słonko, coś ty. Ale zanim skończyła się kilkunastominutowa rozmowa, nie wierząc własnym uszom, pornograf się zgodził. W najbliższy piątek, z nowo poślubioną wystrzałową czwartą żoną, poleciał z Kalifornii do Północnej Karoliny swoim odrzutowcem w kolorze warg sromowych (labia-pink jet) na obiad z siostrą prezydenta i jej mężem, weterynarzem.