Profesor chciałby uzupełnić listę [kanonu lektur szkolnych] o pozycje trochę zapomniane lub z różnych względów przemilczane, takie, co do których nie ma wątpliwości, że są wybitne, ważące dla literatury, dla naszego sposobu myślenia, dla rozwoju młodego człowieka. Wymienia tutaj książkę Tadeusza Korzeniewskiego W Polsce.



Nikt ostrzej od Tadeusza Korzeniewskiego nie ocenił tego, co się stało z nami w ostatnim ćwierć (pół?) wieczu.  Może dlatego jego opowiadanie W Polsce pozostaje znane tylko w wąskim kręgu wtajemniczonych.


Ta książka jest jak sidolówka wrzucona w polskie bagno, w które, niczym słomiane chochoły, powtykano „autorytety moralne". Mam nadzieję, że je rozpieprzy.







Usiłowanie okiełznania drętwym "uczonym" gadulstwem czegoś ŻYWEGO (wibrującego, świdrującego, parzącego). Płomienia.





The Third Rail

a chapter from Seattle

Heyward Studio
My first piece in English was a novella about my childhood town. I wrote it in 1990, seven years after I had hit America. It got me invited to the MacDowell Colony in Peterborough, New Hampshire, for a writer residency.
Thornton Wilder wrote Our Town at MacDowell. I was now walking the streets of Grover’s Corners of the play. I first saw Our Town on a Commie TV as a teen and never again, but I was easily replaying now from the memory the chirping of the kids in the play, the concerned voices of the parents, the politeness of the neighbors, the eerie life-longings of the denouement. After watching it just once at the early stage in life, this wholesome-as-much-as-life-affords-wholesome world had gotten imprinted in me like a prayer. A variation of a call to go.

The American Trinity

a chapter from Americaa

President and the sister
God, the apostle Paul, and the comedian Lenny Bruce appeared to prominent American pornographer Larry Flynt, when in 1977 he was flying over the Rockies with Ruth Carter Stapleton, president Carter's sister, in his labia-pink jet. True story, he recalls it in his memoir: >>
Flynt was thrown into that spiritual spin because he was messing too much with the Sun (ultimate powers known and unknown). When biology clocked him at thirty-five, when a man needs to straighten out and get his job done, the Sun roared. Happens to many of us maturing guys, only in less otherworldly ways. With the pink-shot sophist Flynt it took an extreme turn. Not, primarily, because he was filthy in an extreme way―many guys are―but because he had become one of the notorious agents of ill eating away at the Western world.
Flynt had had religious flashes for some time prior. Again, nothing unusual for a guy of that age and life history. But what made his case singular, was appearing to have been 'chosen' ("ultimate powers known and unknown") for a mediumship to a whole race of people―the White people.

Na bok z nimi

rozdział Do Wyoming (2013)


Polish Haitians. Jimmie Koniecpolski
Czytam w popeerelowskim tygodniku krajowym apologię nieistotności genetycznej polskości. Patriotyczny profesor o nazwisku spektakularnie etnicznie polskim propagandyzuje na jej rzecz w nowonajeźdźczym jankesko-marksistowskim mainstreamie. Poklepuje Polaka po jego znękanej na wylot potylicy za jego słynną historyczną tolerancję. Puszcza mu słodki czad, że następny Mickiewicz może być Wietnamczykiem. A na koniec, w konwencji popularnej po 1989 wśród stadnej inteligencji polskiej historii alternatywnej – odreagowującej w części narodowe traumy w miejsce prostolinijnego męskiego rewanżu – straszy: „Bo co tak naprawdę zrobilibyśmy bez Polaków obcego pochodzenia, bez Kopernika, Chopina, skamandrytów?”.
No profesorze patriotyczny polski, tylko za dużo kumbaya w kaszymannie. Co zrobiliśmy. Żylibyśmy. Dziś jest nas etnicznych Polaków 50 milionów. Nie ten Kopernik to inny, nie ten Chopin to inny. Bez Kopernika Ziemia dalej kręciłaby się wokół Słońca, a Galileusz i Kepler czy inny/inni robotę odwaliliby. Bez Polski nie byłoby Chopina jako takiego Chopina, bez Chopina takiego czy innego Polska byłaby. Co jest ważniejsze, Chopin czy Polska? Polska. Dla Weisera Dawidka warto było gościć Bermana mordercę zza biurka? Dla mnie jasne, że nie. A skamandryci druga woda po kisielu. Coś jeszcze?

Po słowie

"Po słowie" do W Polsce wyd. 2010

egzemplarz w Bibliotece mojego "ogólniaka" w Elblągu
To wydanie W Polsce (2010) różni się od dwóch poprzednich (1981, 1983) tym, że nie ma w nim brzydkich słów. Kiedy w marcu 1976 w Sopocie doznałem epifanii literackiej nadciągającej rewolucji solidarnościowej, włącznie z jej ciężkim spartoleniem – i co, nie było jak napisałem? – to do wylewającego się w następnych tygodniach tekstu zaczęły mi się pchać brzydkie słowa drzwiami i oknami, czasownikami, rzeczownikami, przymiotnikami, imie­słowami, i przysłówkami nawet. Naturalnie jako pisarz nie mogłem stanąć w poprzek takiej twórczej fali.

Ile potem musiałem za to wycierpieć. Własny ojciec z matką odwrócili się ode mnie. We wrześniu 1977 przyjechałem, pamiętam, do rodzinnego Elbląga prosto ze spotkania „młodych pisarzy Wybrzeża” w Wieżycy, już trzeźwy. W domu przy sto­le w kuchni siedział ojciec, matka na zakupach. Cześć tato, to, tamto, i po paru minutach wykładam jak fula na stół maszynopis W Polsce. Na zjeździe „młodych pisarzy” kucnęli przed nim za­sadniczo wszyscy – kto nie wierzy, niech dziś jeszcze spyta sto­łujących się tam wtedy Boleckiego, Terleckiego, Pawlaka, Rośka, Chwina itp. W wyniku takiego powodzenia straciłem kontakt z realem rodziny.

Żydokomuny krew nie woda a moja to bąbelki?

odpowiedź na email studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego


UJ
Przyszedł mail z Polski. W nagłówku: Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego prosi o rozmowę. W treści: Szanowny Panie, w ramach przedmiotu Lewica w Polsce Powojennej wykonuję referat dotyczący Pana życiorysu. Pomyślałam, że zapunktowałabym chociaż drobną rozmową z Szanownym Panem. Czy jest możliwość, abym zadała kilka pytań?
Na  jedno z pytań odpowiedziałem:
W Gdańsku nikt oficjalnie nie chciał wydrukować, więc po roku zrobiłem z tego tekst z jeszcze większym kopytem  pt. W Polsce i zaproponowałem „Zapisowi”, który to z pocałowaniem ręki przyjął do nr 5, 1978. „Zapis” na siłę potrzebował wtedy nowej zdolnej krwi, bo to byli przeważnie zreformowani stalinowcy, najlepszy z nich Konwicki też był umoczony. Andrzejewski tylko w stopce figurował, nic redakcyjnie nie robił, Woroszylski mi mówił. Andrzejewski parł na Nobla, po to mu to było. Więc oni potrzebowali głośnego debiutu dla uzasadnienia racji istnienia, bo jednak mieli za uszami. Marek Nowakowski, jeden z założycieli „Zapisu” i jeden z nielicznych nieumoczonych, po latach w 2013 podkreślił: „Tadeusz Korzeniewski (...). Jedyny, który zadebiutował w podziemiu wydawniczym w Polsce po 1976 r.”.

Jak Zbigniewowi Herbertowi siadła kasa


Z Herbertem się nie spotkałem, kiedy rozbijałem się po "dysydenckiej" Warszawie on był na Zachodzie. Żonę poznałem na jednym z warszawskich obiadów. Na pytania gospodarza (W. Woroszylskiego) czy czytała moje W Polsce, odpowiedziała "To piękne". Nie musiała kłamać, zawnioskowałem że "Zbyszek" też czytał.

Jesienią 1980 była w Warszawie ekipa TV z Holandii i oni poprosili żebym czytał „Przesłanie Pana Cogito” im do kamery. A po końcowym „Idź” podniósł oczy i pięknym zbuntowanym wzrokiem wlepił się przeciągle w ten ich przyrząd. Rok później spędzałem Wigilię ‘81 u znajomych na Montmartre w Paryżu i zadzwoniły panie z Holandii, że właśnie szedł w ich TV film o Solidarności, w którym czytałem Herberta, i że dobrze wyglądałem. Nie będę polemizował.