CENSORED: From USSR to Twitter Same Same Bolshevik Crap


Censored by Brezhnev/Gierek duo schmuo in the 1970s Poland:


printing the underground lit


Brezhnev:




Gierek:





 

Censored by Singer/Dorsey duo schmuo in the 2020 U.S.:

 




 

Singer (a.k.a. Brother Smokescreen) (also: Poland, watch out):




Dorsey:



pawn: muh pretty nose ring



the Tweet:



The text in the Tweet:




* *


A bunch of schmucks, they'll go down like the Russian Bolshevism bit the dust.

 


Polska przypomniała o W Polsce

Na portalu Instytutu Literatury nowynapis.eu szkic o Solidarności w prozie. Książki z "S" w środku napisane przed stanem wojennym; w latach 80.; w latach 90.; i w "wieku XXI". W Polsce podchodzi pod "przed stanem", "w wieku XXI", a nawet przed "S", czyli jak zwykle bestia.

Taka scena: lato 1983, słonecznie, Nowy Jork, idziemy 59-tą Ulicą z J. Głowackim i Sawkami (Jan) do kogoś na Upper West Side. Mijamy Hotel Plaza, ja i Głowacki jakoś tak zostajemy w tyle, do mnie on: "Wiesz, opiszemy siebie nawzajem i tak to się skończy". Dla niego to był czas nerwów, kontakty, agenci, New York Timesy, wóz przewóz.

"Dla mnie najważniejsze, żebym się w coś za wcześnie nie ............." naturalnie mi się odpowiedziało.

I to była ta różnica, nie opisaliśmy się z Głowackim, bo nie konkurowaliśmy o to samo terytorium. Ja to już przeczuwałem (i tylko przeczuwałem), on dalej myślał Warszawą. Moje terytorium.



Profesor chciałby uzupełnić listę [kanonu lektur szkolnych] o pozycje trochę zapomniane lub z różnych względów przemilczane, takie, co do których nie ma wątpliwości, że są wybitne, ważące dla literatury, dla naszego sposobu myślenia, dla rozwoju młodego człowieka. Wymienia tutaj książkę Tadeusza Korzeniewskiego W Polsce.


Ta książka jest jak sidolówka wrzucona w polskie bagno, w które, niczym słomiane chochoły, powtykano „autorytety moralne". Mam nadzieję, że je rozpieprzy.







INTERNAUTA O RECENZJI DO WYOMING W „NOWEJ KONFEDERACJI
Usiłowanie okiełznania drętwym "uczonym" gadulstwem czegoś ŻYWEGO (wibrującego, świdrującego, parzącego). Płomienia.




The Third Rail

a chapter from Seattle

Heyward Studio
My first piece in English was a novella about my childhood town. I wrote it in 1990, seven years after I had hit America. It got me invited to the MacDowell Colony in Peterborough, New Hampshire, for a writer residency.
Thornton Wilder wrote Our Town at MacDowell. I was now walking the streets of Grover’s Corners of the play. I first saw Our Town on Commie TV as a teen and never again, but I was easily replaying now from the memory the chirping of the kids in the play, the concerned voices of the parents, the politeness of the neighbors, the eerie life-longings of the denouement. After watching it just once at the early stage in life, this wholesome-as-much-as-life-affords-wholesome world had gotten imprinted in me like a prayer. A variation of a call to go.

Childhood

a chapter from Americaa

The Ellwoods are fourth-generation ranchers. Roger, Connie, four kids. On Sundays, we all drive to church in town. That’s where I met them when the Outlaw Inn receptionist and her family took me along the first time. I got a gig on the Ellwoods’ ranch now, and rent a cabin for 10 bucks a week.
An intriguing li’l faith tribe these kind folks are. When we take meals or chat on the porch or wherever we happen to have bunched, there’s typically a lot of laughter. A special kind of laughter, triggered not so much by looking at things in an off-the-wall way, but flowing out of a steady gladness of being. One reason is, I figure, that they don’t watch TV, don’t listen to the radio, don’t go to the movies, even the local paper they buy only on the weekends and mainly for the local news. They even remove the radios and the antennas, and the ashtrays of course, from their cars.
“Gimmie the pliers,” I bid them, “I’ll do the same in my buggy!”
They laugh.

Najdziadowściej we wchodzącym świecie będą mieć mieszańcy


Polish Haitians
„Najdziadowściej we wchodzącym świecie będą mieć mieszańcy” – to profilaktyka pokoleń, tak by forma biologiczna była zgodna z treścią kulturową. A ci co dziś są mieszańcami niech zwyczajnie nie wchodzą w drogę, no, mogą deskę najwyżej przytrzymać. Dla negatywnego przykładu o czym mówię podam niedawny występ rozpuszczonego przez „patriotyczną prawicę” Jarosława Marka Rymkiewicza, który bredzi:
  • polskość nie jest ani biologiczna, ani genetyczna
  • Ona nie bierze się z krwi a nawet, jak pokazuje mój przykład, nie bierze się z pochodzenia
  • Nie mam ani kropli polskiej krwi, w moich komórkach nie ma ani kawałeczka polskiego genu
  • Polskość to jest straszna siła duchowa i to nie my ją wybieramy, bo nie możemy niczego wybierać, to ona nas wybiera
Tak zwany „Aleksander Ścios” (nie wierzę w poważne wieszczenie anonimowych) aż orgazmu dostał  >>.
Nie pomijając tarcia kolanami innych „patriotycznych” >>.
Jarosław Marek Rymkiewicz robaczy Polakom w czaszkach, bo na bazie że sam jest „mulatem”, podgryza etniczną polskość. Jestem „mulat” i w związku z tym unieważniam całą etniczną historię Polski. W tym jest dureń po prostu. A szkodliwymi głupcami ci, co takich bredni tubą.

Nie nazywają tego milenaryzm po nico


Nad Świdrem
Gdybyśmy wrócili na ten świat już za 200 lat, to czy byłaby jakakolwiek szansa za tych siedem czy osiem pokoleń rozpoznać z oka, instynktu, że ten oto nasz potomek to nasz potomek? Nosiciel wspólnych z nami między 1/128 a 1/256 genowych frekwencji? Dziecko 128 czy 256 od nas licząc pra...rodziców? Szansa rozpoznania mniej niż żadna, chyba że któryś miałby znamię na boku, jak ja mam po ojcu, ale na to nie liczcie. A jednak za dziecko, za ten cykl, rodzic jest gotów oddać życie, gorąco i z wiarą, tak? Zwłaszcza mężczyzna za kobietę z jego potomstwem, tak?
A jak z narodem? Co jest najważniejsze dla narodu? Żyć. Umierać dla „czegoś większego” może jednostka. Dla rodziny. Dla narodu. W skrajności dla męskiego honoru, piękna brama wyjścia (i często przykład, przekaz, a więc dalej wspólnota). Ale czy można wyobrazić, żeby naród oddawał życie za inny naród? No chyba że zmanipulowany, jak np. wpływ żydowski usiłuje to zrobić z etnicznymi Euro-Amerykanami z interioru Ameryki, posyłając tzw. białych chłopaków z Midwestu czy Południa, przysłowiowych twardzieli, na Irak, a teraz – oj, chciałoby się – na Iran (etniczni Euro-Amerykanie coraz bardziej stają się etnią politycznie wydzieloną, więc można zacząć mówić o nich jako o narodzie). Ale to ostatnie osiągane jest przez indoktrynację, pranie mózgów. Niepodobna jednak aby nie zmanipulowany naród umierał za inny naród.

Mit 10 (20) milionowej Polonii


"Polskie dzieci maharadży"
Wiki: Ocenia się, że poza Polską żyje 18-20 milionów Polaków i osób polskiego pochodzenia. Jedna trzecia z tej grupy to Polacy urodzeni i ukształtowani w Polsce, reszta to osoby polskiego pochodzenia o różnym stopniu więzi z polskością. Polonia i Polacy za granicą plasują się na szóstym miejscu w świecie pod względem liczebności w stosunku do ludności kraju ojczystego.
 **
PolskieRadio.com: W całych Stanach Zjednoczonych w głosowaniu [do Sejmu 2019] wzięło udział 29,5 tysiąca osób, czyli o 5 tysięcy więcej niż w poprzednich wyborach parlamentarnych.

Zawieśmy tu kwestię czy Polacy nie mieszkający na ziemiach wokół Wisły i nie płacący państwu polskiemu podatków mają prawo w takich wyborach głosować, elektoralnie decydować. Ale nawet gdybyśmy uznali ten "protest wyborczy", to w bieżącej przed-"protestowej" sytuacji liczba 30 tys. głosujących Polaków w USA (300 tys. w 90 krajach) jest przerażająca jeśli chodzi o pieśń o odpływie polskich genów.

**

Tekst publikowany w polskiej blogosferze w 2009. Wszedł do książki Do Wyoming (2013):
Nie wierzę w "podwójne" obywatelstwa. Ludzie jak to ludzie, kombinują jak by tu najłatwiej w życiu. Zwłaszcza kiedy kraj rodzinny im się nienajmiłośniej udał. Więc wielu ma po dwa. Można powiedzieć "żyją w dwóch". Albo przyjmują obywatelstwo kraju nowego bez większych rozterek odrzucając obywatelstwo kraju urodzenia, bo to "praktyczniejsze". Albo, niestety, przyjmują nowe z satysfakcją, bo to taki "lepszy" kraj, np. USA. Albo Anglia. Australia. Nawet, miej Boże litość, Niemcy.

Ciągły atak, wieczna wojna hybrydowa


Agresja hybrydowa.
Żydzi piorą mózgi etnicznym Europejczykom, że Holokaust był wyjątkowy, ponieważ cały naród żydowski był przeznaczony na zagładę.
Fałsz.
Nie cały naród żydowski, tylko Żydzi w zasięgu nazistowskich Niemiec i w głowach Hitlera i jego gangu. Poza tą sferą Żydzi pozostawali niezagrożoną i potężną siłą przed, podczas i po II wojnie światowej.
W rzeczywistości, po II wojnie Żydzi stali się silniejsi na Zachodzie niż kiedykolwiek w historii. Wygrali. Dla Żydów Holokaust był kosztem wojennym nieodmiennie toczącej się wojny hybrydowej. Żydzi toczyli wojny hybrydowe na długo zanim ten termin wszedł do słownictwa i potocznej świadomości Zachodu.

Na bok z nimi

rozdział Do Wyoming (2013)


Polish Haitians. Jimmie Koniecpolski
Czytam w popeerelowskim tygodniku krajowym apologię nieistotności genetycznej polskości. Patriotyczny profesor o nazwisku spektakularnie etnicznie polskim propagandyzuje na jej rzecz w nowonajeźdźczym jankesko-marksistowskim mainstreamie. Poklepuje Polaka po jego znękanej na wylot potylicy za jego słynną historyczną tolerancję. Puszcza mu słodki czad, że następny Mickiewicz może być Wietnamczykiem. A na koniec, w konwencji popularnej po 1989 wśród stadnej inteligencji polskiej historii alternatywnej – odreagowującej w części narodowe traumy w miejsce prostolinijnego męskiego rewanżu – straszy: „Bo co tak naprawdę zrobilibyśmy bez Polaków obcego pochodzenia, bez Kopernika, Chopina, skamandrytów?”.
No profesorze patriotyczny polski, tylko za dużo kumbaya w kaszymannie. Co zrobiliśmy. Żylibyśmy. Dziś jest nas etnicznych Polaków 50 milionów. Nie ten Kopernik to inny, nie ten Chopin to inny. Bez Kopernika Ziemia dalej kręciłaby się wokół Słońca, a Galileusz i Kepler czy inny/inni robotę odwaliliby. Bez Polski nie byłoby Chopina jako takiego Chopina, bez Chopina takiego czy innego Polska byłaby. Co jest ważniejsze, Chopin czy Polska? Polska. Dla Weisera Dawidka warto było gościć Bermana mordercę zza biurka? Dla mnie jasne, że nie. A skamandryci druga woda po kisielu. Coś jeszcze?

Po słowie

"Po słowie" do W Polsce wyd. 2010

egzemplarz w Bibliotece mojego "ogólniaka" w Elblągu
To wydanie W Polsce (2010) różni się od dwóch poprzednich (1981, 1983) tym, że nie ma w nim brzydkich słów. Kiedy w marcu 1976 w Sopocie doznałem epifanii literackiej nadciągającej rewolucji solidarnościowej, włącznie z jej ciężkim spartoleniem – i co, nie było jak napisałem? – to do wylewającego się w następnych tygodniach tekstu zaczęły mi się pchać brzydkie słowa drzwiami i oknami, czasownikami, rzeczownikami, przymiotnikami, imie­słowami, i przysłówkami nawet. Naturalnie jako pisarz nie mogłem stanąć w poprzek takiej twórczej fali.

Ile potem musiałem za to wycierpieć. Własny ojciec z matką odwrócili się ode mnie. We wrześniu 1977 przyjechałem, pamiętam, do rodzinnego Elbląga prosto ze spotkania „młodych pisarzy Wybrzeża” w Wieżycy, już trzeźwy. W domu przy sto­le w kuchni siedział ojciec, matka na zakupach. Cześć tato, to, tamto, i po paru minutach wykładam jak fula na stół maszynopis W Polsce. Na zjeździe „młodych pisarzy” kucnęli przed nim za­sadniczo wszyscy – kto nie wierzy, niech dziś jeszcze spyta stołujących się tam wtedy Boleckiego, Terleckiego, Pawlaka, Rośka, Chwina itp. W wyniku takiego powodzenia straciłem kontakt z realem rodziny.

Jarosław Kaczyński nie miał realistycznej koncepcji narodu polskiego...

...i ta strzelba musiała w 3 akcie wypalić. 
Od LAT próbowałem przemówić do przekonań że:
"J. Kaczyński nie ma realistycznej koncepcji narodu polskiego" i że "to groźne"
Ale nawet elity "narodowe" były/są za kiepskie na ten real (ciurowatość w kwestiach EGI).
W tych miesiącach PL odbiera rachunek.
Tu alarm z 2012:
Stary chłop to mówi, tego nie można brać w kontekście jakiegoś dynamicznego rozwijania się poglądów (od 7:15 min):



Przyszedł mail z Polski

odpowiedź na email studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego


UJ
Przyszedł mail z Polski. W nagłówku: Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego prosi o rozmowę. W treści: Szanowny Panie, w ramach przedmiotu Lewica w Polsce Powojennej wykonuję referat dotyczący Pana życiorysu. Pomyślałam, że zapunktowałabym chociaż drobną rozmową z Szanownym Panem. Czy jest możliwość, abym zadała kilka pytań?
Na  jedno z pytań odpowiedziałem:
W Gdańsku nikt oficjalnie nie chciał wydrukować, więc po roku zrobiłem z tego tekst z jeszcze większym kopytem  pt. W Polsce i zaproponowałem „Zapisowi”, który to z pocałowaniem ręki przyjął do nr 5, 1978. „Zapis” na siłę potrzebował wtedy nowej zdolnej krwi, bo to byli przeważnie zreformowani stalinowcy, najlepszy z nich Konwicki też był umoczony. Andrzejewski tylko w stopce figurował, nic redakcyjnie nie robił, Woroszylski mi mówił. Andrzejewski parł na Nobla, po to mu to było. Więc oni potrzebowali głośnego debiutu dla uzasadnienia racji istnienia, bo jednak mieli za uszami. Marek Nowakowski, jeden z założycieli „Zapisu” i jeden z nielicznych nieumoczonych, po latach w 2013 podkreślił: „Tadeusz Korzeniewski (...). Jedyny, który zadebiutował w podziemiu wydawniczym w Polsce po 1976 r.”.

Jak Zbigniewowi Herbertowi siadła kasa


Herberta nie spotkałem, kiedy rozbijałem się po "dysydenckiej" Warszawie on był na Zachodzie. Żonę poznałem na jednym z warszawskich obiadów. Na pytania gospodarza (W. Woroszylskiego) czy czytała moje W Polsce, odpowiedziała "To piękne". Nie musiała kłamać, zawnioskowałem że "Zbyszek" też czytał.

Jesienią 1980 była w Warszawie ekipa TV z Holandii i oni poprosili żebym czytał „Przesłanie Pana Cogito” im do kamery. A po końcowym „Idź” podniósł oczy i pięknym zbuntowanym wzrokiem wlepił się przeciągle w ten ich przyrząd. Rok później spędzałem Wigilię ‘81 u znajomych na Montmartre w Paryżu i zadzwoniły panie z Holandii, że właśnie szedł w ich TV film o Solidarności, w którym czytałem Herberta, i że dobrze wyglądałem. Nie będę polemizował.

Dymitr Tokariew był szefem NKWD regionu Kalinin w 1940


Dymitr Tokariew był szefem NKWD regionu Kalinin w 1940 r. W marcu tego roku otrzymał instrukcje nadzorowania mordu na polskich więźniach, którzy mieli być przewiezieni do więzienia w Kalininie z pobliskiego obozu w Ostaszkowie. Każdej nocy przez około miesiąc niżsi rangą agenci NKWD mordowali polskich oficerów, intelektualistów, członków elity.

"Muszę powiedzieć, że pierwszej nocy dostarczyli 300 osób. Myślałem, że to za dużo. Noc była krótka i mogliśmy pracować tylko w godzinach kiedy było ciemno.

Widziałem cały ten horror. Oni pojawili się i kilka minut później Błochin [niższy oficer NKWD] miał na sobie to specjalne ubranie - brązowy skórzany fartuch, brązowe skórzane rękawice z mankietami za łokcie. To wywarło na mnie straszne wrażenie. Widziałem kata.

Mechanika zabijania została opracowana przez Błochina wspólnie z komendantem naszego zarządu, Rubanowem. Drzwi cel w których strzelano wychodzące na korytarz okryli oni tak, żeby odgłosów strzałów nie było słychać. Następnie oskarżeni, no, tak ich nazwijmy, byli przyprowadzani korytarzem. Byli wprowadzani do cel żeby tam zostali zastrzeleni.

Chcę powiedzieć tę rzecz: z pewnością to był straszny biznes. Rubanow, na przykład, postradał zmysły. Pawłow, mój pierwszy zastępca, zastrzelił się. Sucharew, mój kierowca, zastrzelił się i nawet Błochin zastrzelił się."