10.1.17

W Polsce, w Seattle, w centrum

Na Salon24.pl publikowałem w latach 2008-2011. Blog zamknąłem, bo ocenzurowano mój wpis: ten. Niżej kopia mojego pierwszego tekstu na Salonie24, można go też przeczytać w oryginale na web.archive: tu.

**

2008–02–04, 08:06:01
W Polsce, w Seattle, w centrum



Robiłem dziś rundę wokół Green Lake tu w Seattle, 2,8 mili, i przez chyba ćwierć kółka myślałem o pszczołach i ich związku z naszą rodziną. Nie złapałem co mnie zastartowało. Ale głównie zastanawiałem się jak dostosować prozę literacką do nowoczesnego medium internetowego. Może wyjdzie z tego nowy paradygmat – to poważne słowo, z paradygmatem żartów nie ma – myślałem, coś jak z konstrukcją nowoczesnego fortepianu. Szopen, tak?
Stephen King, od ciarkowców, w 2000 r. odkrył Sieć i postanowił przejść do historii. Kolejnego ciarkowca (nr chyba 82, choć nie liczyłem) miał prawie ugniecionego, więc dzwoni do Bezosa z Amazon.com, Jeff, hi, Stephen here, how goes, great, listen, puśćmy w internecie mój kawałek w odcinkach, co, przejdziemy do historii, co? Puścili, setki tysięcy wejść, i co? Nic. King nawet nie skończył fabułki elektronicznie publikować. Żarło na początku dobrze, ale coraz mniej czytelnicy woluntarnie płacili, tylko podczytywali, a potem i to zeszło, bo tu ciarki z epoki ogarka i świeczki, a tam cały internet i w minutę tysiąc żywszych bajerów można wyklikać. Najpoczytniejszy autor globu poszedł na deski w konfrontacji z klikarnią w pierwszym zwarciu; brzmi prawie jak jedna z jego historii. King potem sprzedał opus w normalnej książce z drzew. I dziś operuje jak każdy inny internetowy szeregowy, ma swój portalik, informuje o produkcie i Amazon.com i inne stragany mu to opędzlowują.
W Polsce jest teraz ten portal dziennikarski Salon24.pl. Trzeba powiedzieć, dziennikarstwo poszło w internecie dużo bardziej do przodu, niż literatura. Ciekawa sprawa: średnioduży kraj, Polska, i podinspirowała się u gigantycznej Ameryki montując S24, sami mówią, ale potem zrobili memetyczny krok naprzód. Oni mają tam takie specyficzne tarcie na Stronie Głównej (odtąd SG, choć nie wiem czy do tego wrócę) jako rezultat konfrontacji notkarzy zawodowych, tj. dziennikarzy z dużych tytułów prasowych, programów telewizyjnych, radia, itd., tzw. "czerwonych" – z "niebieskimi", czyli piechotą intelektualną kraju. Takiego osiągnięcia w Ameryce nie ma i być nie może, włącznie z portalem Arianny, u której bloguje się zresztą za zaproszeniami; a być nie może, gdyż Ameryka jest za duża na takie skupienie się, i, co równie istotne, za bardzo już poszatkowana etnicznie ("kulturowo") w stosunku do niedawnej przeszłości, kiedy jej gigantyczny anglo–protestancki stos pacierzowy wytrzymywał prawie jej każdy wygłup. Dziś, żeby w Ameryce portal prezentujący wachlarz gwiazd dziennikarstwa, aktorów, senatorów, profesorów, pisarzy, sportowców, muzykantów, itd., a przy tym otwarty dla blogerów amatorów, czy intelektualnych profesjonalistów ale, jak byśmy po polsku powiedzieli, "niebieskich", żeby taki portal mógł osiągnąć tamten stopień anglo–protestanckiej kohezji, czy tej z S24 – zapomnij.
Co to jest mem teraz, bo o memetyce padło. Sporo ludzi wie co to jest, a tym co nie wiedzą – do których i ja się częściowo zaliczam – spróbuję jakoś wyjaśnić. Mem w języku fachowym to "podstawowa jednostka informacji kulturowej, odpowiednik genu w ewolucji genetycznej". Przekładając na życiowe, kiedy ja pierwszy raz zetknąłem się z tym pojęciem, pierwsze co mi przyszło do głowy to rozróbka antykomunistyczna w Polsce w latach 1976–80. Tam wtedy było memów. Siedzę na przykład wieczorem zaszyty we wsi Ruszów w puszczy zgorzeleckiej, najdalej od PRLu jak tylko było można w warunkach bezpaszportowych, jest początek roku 1977, cały dzień ciągnąłem jakieś paskudnie drętwe opowiadanie o kolejce do rzeźnika, a tu słyszę w Wolnej Europie, że pojawił się w Warszawie drugi obieg literacki z nazwiskami pisarzy, których normalnie mogłeś do tej pory kupić w księgarniach czy zobaczyć w telewizji. Piorunem we mnie mem wstąpił. Otworzyła się zamknięta do tamtej pory przepustnica, nie w sensie żebym czegoś bał się napisać – też mi! – ale teraz to wiedziałem, że jak napiszę, to uzyskać mogę energię aktywacji, dojść do ludzi w kulturze, i w ogóle do człowieka myślącego – słowem być tam gdzie, w granicach swojej wartości, trzeba się znaleźć.
Rzuciłem w kąt gniota o rzeźniku i zacząłem przerabiać jeden kawałek sprzed roku. Śmieszny przynajmniej, bo pisany pod kolesiów, a nie bez adresata, i odrzucony przez kilka pism i wydawnictw. Niecały rok później ludzie czytali już ten kawałek w drugim obiegu, w Warszawie, i innych miejscach. W ten sposób życie zeszło mi się z większym życiem, i to jest najważniejsza sztuka.
Odczuwam czasem coś podobnego, kiedy czytuję teraz S24. S24 ma coś z tamtego budzącego Polskę memu drugiego obiegu, ze szczególnym sub–memem tarcia między blogerami "czerwonymi" i "niebieskimi", którzy współistnieją na SG notka obok notki na równych blogerskich prawach. Rzecz bardziej twórcza niż pomysł Greczynki, który polegał głównie na tym, że jako wzięta hostessa waszyngtońska skolekcjonowała kilkanaście setek znanych i mniej znanych nazwisk. Tymczasem akcja w S24 jest bardziej po amerykańsku klasyczna, gdyż każdy może zostać tu milionerem, każdy prezydentem: każdy może znaleźć się na SG, każdy na jedynce. I to się zdarza, dzień za dniem. Tak więc spory polski numer zostaje tu wycięty. W sytuacji kiedy tradycyjni etniczni rywale Polski o dobra materialne i terytorium, a w szczególnych okresach wrogowie, Niemcy, Rosjanie i Żydzi wyekspediowują w latach 1939–1989 masowo najlepszych z polskich warstw przywódczych – za co jeszcze cała trójka oberwie, przyrzekam – umożliwienie w S24 tak daleko rozwiniętej szarży z "niebieskiego" zaplecza kraju, jakby w zastępstwie tamtych Wielkich Nieobecnych i ich nigdy już nie spłodzonego potomstwa, jest oryginalną polską insurekcją memetyczną. Tak bym powiedział.
Memem jest przypadek S24 również w tym sensie, że może się replikować. Życzę S24 najlepiej, ale S24 to konkretna materialna instytucja i za pośrednictwem zręcznej transakcji finansowej lub innego źródła wpływu może zostać zmanipulowana lub stłumiona, aż do kompletnego wyrwania wtyczki. Natomiast pomysł, by celebrities z polskiego marketu dziennikarskiego ze szczyptą innych rozpoznawalnych twarzy sparowali na SG i w notkach z anonimowymi i nie anonimowymi "niebieskimi" z zaplecza kraju, żeby wszyscy oni na równych prawach ścigali się w dochodzeniu do prawdy i zręcznym tego podawaniu, taka formuła jest jak system gry w brydża – nie podlega korupcji, gdyż nie jest konkretną strukturą fizyczną. Jest pomysłem na grę, nie konkretną drużyną. Nie ma możliwości tego memu bezpowrotnie wykupić, skomercjalizować, zdominować, zmanipulować, przestroić, zniszczyć, bo jeśli rozejdzie się tu, to może odrodzć się tam, a jeśli tam padnie, to grupa "niebieskich" może po obywatelsku powołać szanowanych przez nich – a oni mają niezłego nosa, na ogół – "czerwonych", i zacząć od nowa. Czy też grupa szlachetniejszej próby "czerwonych" otworzy portal, jak w wypadku S24 – któremu, jak rzekłem, życzę 10 lat i miejsca w historii – a wierne "niebieskie" wiarusy się dologują.
Przypomniało mi się – pewnie dlatego, że temu "czerwonemu" przydałoby się powisieć na SG obok paru ostrzejszych "niebieskich" – jak jedna z głównych sieci telewizyjnych w połowie lat 1980. nagrała program z byłymi członkami pewnego kościółka ewangelikalnego w Kentucky. Powodem było, że kiedy dotychczasowy pastor kościółka miał odejść na emeryturę, wierni zgodzili się by z grupy kandydatów na jego następcę wybrać Afryko–Amerykanina. Jak chrześcijaństwo to chrześcijaństwo. Nowy pastor objął funkcję, po jakimś czasie w kościółku zaczęli pojawiać się na nabożeństwach ośmieleni Afryko–Amerykanie, zaczęło się także śpiewanie hymnów w określony sposób. Tańcząc, klaskając, wykrzykując, rytmizując. Po kilku miesiącach część wiernych odeszła do innego kościółka, tej samej kongregacji, ale bez Afryko–Amerykanów. Ekipa jednej z głównych sieci telewizyjnych z bardzo znanym redaktorem Europejczykiem [tj. Amerykaninem pochodzenia europejskiego] pojawiła się natychmiast i postawiła ich pod pręgierz.
Europejczyk redaktor:
– Czy były jakieś agresywne zachowania z waszej strony w stosunku do afrykańsko–amerykańskich członków kościoła? Czy dawaliście im do zrozumienia, że ich sposób celebrowania jest gorszy?
Jeden z chrześcijan Europejczyków [tj. Amerykanów pochodzenia europejskiego]:
– Nie, w żadnym wypadku. My po prostu lubimy śpiewać hymny intonując je spokojnie, płynnie. A nasi afrykańsko–amerykańscy bracia i siostry zaczynali klaskać, tańczyć, wykrzykiwać. To wytrącało nas z nastroju nabożnego. Więc odeszliśmy.
Inny Europejczyk chrześcijanin:
– I my się tak nie bujamy. My siedzimy raczej w ławkach, kiedy śpiewamy hymny.
Europejczyk redaktor:
– A to trudno z takiej ławki wstać, kiedy część wiernych już wstała? I co macie przeciwko bujaniu się? Czy myślicie, że to mniej cywilizowane?
– Nie, nie! My tak nie myślimy!
– Nikt tak nie powiedział! Nie słyszałem, żeby ktoś tak powiedział.
– Ja też nie słyszałam.
– My w ten sposób u nas nie mówimy. My mówimy: odznaczać się uprzejmością, okazywać każdemu człowiekowi wszelką łagodność...
Europejka chrześcijanka:
– Moja córka chodzi do innego kościoła, ona mieszka w Tennessee z rodziną. U niej w kościele tańczy się podczas nabożeństwa.
Europejczyk redaktor, wyraźnie podniecony:
– Afrykańsko–amerykański kościół?!
Europejka chrześcijanka:
– Nn...iee.
Inny Europejczyk kiwa głową.
Europejczyk redaktor:
– Ty kiwasz głową, ja rozumiem, że ty aprobujesz tamten kościół w Tennessee, w którym się tańczy, tak?
– Tak.
– A tego, który opuściliście niedawno temu, nie aprobujesz. Przecież to zwyczajne uprzedzenie rasowe!
Europejczyk chrześcijanin, odchrząka:
– ...Tamci to charyzmatycy. Mój kuzyn też w takim jest.
Europejczyk redaktor:
– No to co z tego. Ale tańczą.
Europejka chrześcijanka:
– To jest inny taniec. To bardziej jak... Walc?
Europejczyk redaktor:
– Walc powstał w Wiedniu, tak? Gdyby walc powstał w... powiedzmy...
Inny Europejczyk chrześcijanin:
– Ja bardzo przepraszam. Ja lubię śpiewać w sposób w jaki my zawsze śpiewamy.
Europejczyk redaktor:
– Ale czy nie można określić tego jako monotonne? Co to jest: w koło, i w koło, i w koło. Walc, tak? Nie weselej kiedy środowisko jest zróżnicowane? Pojedziecie na piknik, będziecie próbować różnych potraw, i dzieci będą uczyć się gier... Języki obce!
Europejczyk chrześcijanin:
– To prawda, my Amerykanie nie lubimy uczyć się języków obcych.
Europejka chrześcijanka:
– Ja się zgadzam. My nie znamy żadnych języków. Nawet jak jedziemy na wakacje.
Inny Europejczyk chrześcijanin:
– To prawda. W telewizji, nawet w naszym języku nie mamy zagranicznych filmów.
Europejka chrześcijanka:
– Nie pamiętam kiedy widziałam zagraniczny film ostatnio.
Inna Europejka chrześcijanka:
– Ja chyba nigdy zagranicznego filmu nie widziałam.
Itd.