12.11.16

Tadeusz Korzeniewski: NEOKONSERWATYZM


Mamy w USA ten fenomen ruchu neokonserwatywnego. Korzenie tej ideologii sięgają trockizmu i jego imperatywu permanentnej rewolucji (przemalowanego na "permanentną walkę o demokrację" do użytku dzisiejszego). To o "permanentną rewolucję" okularnik Trocki pożarł się w latach 1920. z okopującym się coraz wygodniej w "socjalizmie państwowym" buhajem Stalinem, co tego pierwszego kosztowało w 1929 wygnanie, a w 1940 spotkanie z czekanem.
  Ale szerzej ujmując, amerykański neokonserwatyzm to ta część intelektualnej energii żydowskiej, która naturalnie znajdowałaby ujście na prawicy politycznej, w tym skrajnej, gdyby wyrażała się u siebie w domu. W diasporze jednak, w tym wypadku amerykańskiej, do lat praktycznie 1970. kotłowała się ona prawie w zupełności na lewicy (z obustronnych powodów, naturalnie, barier, resentymentów, etnicznej niekompatybilności). Najlepszy dowód, że w zasadzie wszyscy współcześni amerykańscy neokonserwatyści żydowscy, czyli twarde jądro ruchu, pomimo przyjmowania szeregu pozycji stricte lewicowych w polityce wewnętrznej USA, np. popierania dalszego dużego napływu imigrantów z Trzeciego Świata i rozmywania w ten sposób tradycyjnie europejskiego charakteru kraju, w stosunku do Izraela utożsamiają się i utrzymują ścisłe osobiste kontakty z politykami prawicowego, etnonacjonalistycznego, genetycznie patriotycznego, zapartego w okopach św. Narodu, ksenofobicznego, rasistowskiego i ekspansjonistycznego izraelskiego Likudu (dawno nie pisało mi się wyliczanki z takim szwungiem, no ale widział kto taką wielką "belkę w oku" u kogo ostatnio?).
  Jak powiedział jeden z waszyngtońskich komentatorów, najlepszym prognostykiem stanowiska amerykańskich neokonserwatystów w polityce zagranicznej jest to co prawica w Izraelu uważa za najkorzystniejsze dla Izraela. Podobnie Polacy w kraju, jeśli chcą wiedzieć co rzeczywiście za skórą konkretnych żydowskich polityków czy intelektualistów prawicy polskiej siedzi, powinni nie dalej sięgnąć, jak do stanowiska tychże w sprawie napaści USA na Irak w 2003 i wplątania w nią Polski. Bo to, że paru z nich jest dziś konsekwentnymi antykomunistami (czytaj antysowietnikami), nie czyni z nich jeszcze wczorajszych, lub jutrzejszych, obrońców probostwa w Wyszkowie - jeśli pamiętamy, że w latach 1960. żydowskie ramię siłowe, jakkolwiek jest ono skonfigurowane, rozpoczęło konsekwentny atak śmierci na rusyfikujący się proarabsko Kraj Rad.
   Więc ta w konkretnym tego słowa znaczeniu biologiczna sekta, etniczna kongregacja stłumionych żydowskich intelektualistów "endeków", intelektualistów "oenerowców", intelektualistów "czarnosotniarzy" i jakimi jeszcze wyzwiskami światła żydowskość w Polsce lubuje się w obrzucaniu co wierniejszych krajowi zrywów naszej polskiej prawicy, w Ameryce lat 1920. przechodzi przez okres zaangażowanego bolszewizmu, gdyż bolszewizm, będąc pierwszym na skalę światową otwartym ujściem dla żydowskiej woli mocy i anty-europejskiego animusu, pociąga ambitnych i agresywnych Żydów z różnych pasm politycznego spektrum w początkach ich politycznej emancypacji. Ale już po szarpaninie Stalin-Trocki następuje wśród nich rozwarstwienie na stricte antystalinowskich trockistów i tych co w dalszym ciągu popierają Związek Sowiecki; z których z kolei część odwróci się od Kraju Rad po pakcie Ribbentrop-Mołotow; część po mordzie Stalina na Trockim w 1940; a jeszcze inny etniczny odwód dalej będzie ojczyznę proletariatu popierał w wojnie i po niej - aż do momentu prawdy roku 1967, po którym następuje niebubłagany śmiertelny szlaban dla Kraju Rad ze strony wszystkich żydowskich stacji zawiadowczych.
   Intelektualnie, część owych żydowskich krypto-prawdziwków w ich procesie migracyjnym z piasków egipskich marksizmu do twardej ziemi obiecanej (w podświadomości) żydowskiego konserwatyzmu, szukać będzie "trzeciej pozycji" (różnej od stalinizmu i zachodniego kapitalizmu), część naciskać będzie na wewnętrzną komunistyczną demokrację partyjną by wznieść się ponad sowiecki "biurokratyczny kolektywizm", ale prędzej czy później grupami, grupkami i w przywódczą pojedynkę będą oni wypełzać spod murszejącej skały ortodoksyjnego kolektywizmu i ewoluować ku partii socjalistycznej, z czasem socjaldemokratycznej, dochodząc w latach 1950. do demokratycznego kapitalizmu i mainstreamowej Partii Demokratycznej USA.
   Niestety, niewiele złego uda im się w niej zrobić - zrobią to za nich inni, niech nas głowa nie boli. Wkrótce bowiem nadchodzą słynne lata 60. i ton w Partii Demokratycznej zaczyna nadawać tzw. Nowa Lewica. Ta jest w energii politycznej przełożeniem pacyfistycznych nastrojów dużej części amerkańskiej klasy średniej jako reakcji na wojnę w Wietnamie. Dodatkowo - ale istotniej - ogromny wpływ na liderów Partii Demokratycznej ma ruch kontrkulturowy lat 60., z jego feminizmem, akcją afirmatywną, rewolucją seksualną, odejściem od polityki konfrontacji ze Związkiem Sowieckim, a nawet - straszne, straszne! - sympatyzowaniem z losem Palestyńczyków w Izraelu.
  Ale Nowa Lewica to nic znowu takiego skrajnie gojowskiego, nie wyciągajmy przedwczesnych wniosków. Żydowski autor Philip Mendes pisze w książce The New Left, The Jews, and the Vietnam War 1965-1972 (Lazare Press, North Caulfield, Victoria, Australia, 1993), że "W USA oceniało się, że z grubsza jedna trzecia do połowy Nowych Lewicowców to byli Żydzi" (str.21). Jednak poza okazjonalnymi Żydami jak Noam Chomsky czy I.F. Stone, to nie oni lubują się w podkreślaniu "rasistowskiego" i "kolonialnego" charakteru państwa Izrael, a raczej robią to co zapalczywsze gojowskie głowy, no i militanckie mniejszości, zwłaszcza radykalni Afro-Amerykanie. W rezultacie płatnicy Partii Demokratycznej wezmą się do porządnej długoplanowej roboty korygującej, czystki się dawniej mówiło, i stan na dzień dzisiejszy Partii Demokratycznej USA jest taki, że owszem, bywają jeszcze propalestyńskie niespodzianki wśród pewnej części mało frasobliwych profesorów-demokratów na uniwersyteckich kampusach, ale już nie w dużej polityce, co to to nie. Dzisiaj liderzy Partii Demokratycznej USA, podobnie jak Sejm Rzeczypospolitej Polskiej AD 2009, a pewnie i Prezydent, słowa złego nie odważą się powiedzieć o Izraelu - lub dobrego o Palestyńczykach.
   Na tym przykładzie dobrze widać, że nie w tym rzecz generalnie, że w jakimś ruchu są Żydzi i wtedy z automatu jest on dobry, jak Lewica i Demokraci niedawno Polsce, a w innym ich nie ma, bo mówi się w nim "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica", jak w Radiu Maryja, i wtedy jest on oczywiście niedobry. Nie, nie, Radio Maryja to wyjątek. Żywa złożoność współczesności jest taka, że odkąd cywilizacja europejska dała realne szanse emnacypacyjne swoim mniejszościom, to we wszystkich ruchach intelektualnych i politycznych w stopniu mniejszym lub większym Żydzi są obecni (z wyjątkiem Radia Maryja), i o ile uda im się w nich uformować koherentną grupkę intelektualistów-ideologów i zorganizować zaplecze finansowo-medialne, nadają wtedy takiej akcji czy organizacji częściowo żydowski charakter. Czemu trudno się dziwić, my byśmy też tak robili w podobnej sytuacji w interesie etni polskiej, choć z pewnością bez takiego podskórnego anty-europejskiego animusu. To raz, a dwa, jeśli o mnie chodzi, to ja mogę słyszeć "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica" dwadzieścia pięć razy dziennie, i nic mi to nerwowo nie przeszkadza, a nawet, prawdę powiedzieć, jest mi miło, bo jakbym słyszał moją Matkę.
   Więc neokonsi rzeczywiście naturą zakorzenieni są w prawicy, i po pewnym czasie, nie tylko z powodu nieprzyjemnych rzeczy mówionych o ich gorącej ojczyźnie, Izraelu, ale także rosnącego liberalizmu Partii Demokratycznej (liberalizmu w amerykańskim sensie: państwa opiekuńczego, norm obyczajowych "róbta co chceta", akcji afirmatywnej, etc.), zaczynają odpływać od jej mainstreamu i skupiać się wokół senatora Henry'ego Jacksona, również demokraty, ale prawoskrzydłowego - twardego zimnowojennego antysowieckiego antykomunisty.
  Jackson ma słabość do Żydów, bo jak sam mówił, jego matka chrześcijanka była zafascynowana judaizmem, a kiedy on studiował i dojeżdżał do college'u, uczynny Żyd pozwolił mu używać swojego samochodu. Wynikiem tego sentymentu, przy czułym wsparciu neokonsów, była tzw. Poprawka Jacksona-Vanika w 1974 r. w Kongresie USA, zakazująca wymiany handlowej z państwami nie pozwalającymi na wolną emigrację obywateli - chodziło po prostu żeby Związek Sowiecki zaczął wypuszczać Żydów, co też zgrzytając marniejącymi ekonomicznymi zębami ten zrobił.
   Neokonsi - od lat 1970. ten termin do nich przylega - pragną namiętnie, by ich Jackson dostał nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich, ale w obu podejściach, 1972 i 1976, przerzyna on do wymiękających w sprawie USSR - détente - McGoverna i Cartera. Kiedy stało się wiadome, że ich demokratyczny koń wyścigowy nie wygra dla nich biegu prezydenckiego, nasi bohaterowie zaczynają odwracać się od Partii Demokratycznej i kierować oczy na gubernatora Kalifornii Ronalda Reagana, który, jak i oni, był demokratą, zanim w 1962, zdegustowany subwersją tradycyjnego amerykańskiego patriotyzmu przez kontrkulturę i "nową lewicę", nie przeszedł do Partii Republikańskiej i nie pociągnął za sobą milionów tzw. reaganowskich demokratów.
   Jedną ze wspólnych platform senatora Jacksona i przyszłego prezydenta Reagana jest polityka na likwidację Związku Sowieckiego i w niemałym stopniu, dzięki swojemu znacznemu już w tym czasie wpływowi w mediach i think-tankach, neokonsi przyczyniają się do wyboru R.R. do Białego Domu w 1980. W następstwie, otrzymują szereg ważnych pozycji w jego administracji, część z nich wstępuje do Partii Republikańskiej i przez lata 1980. konsekwentnym działaniem jako grupa rugują z jej centrów intelektualnych lub wprost korumpują tradycyjnych jankeskich ideologów konserwatyzmu - a jeszcze zapalczywiej niż jankeskich, robią to ze znienawidzonymi południowcami, których uważają za nieuleczalnych rasistów (czytaj antysemitów), w czym pomaga im daleko już w tym czasie posunięta finansowa kontrola większości wpływowych think-tanków konserwatywnych. Money talks. Kto płaci ten szmaci.
   Nie byliby neokonserwatyści sobą, czyli ścisłą aż do sekciarskiego samozaślepienia etniczną in-grupą, biologiczną sektą, jak powiedziałem, żeby w gorącym momencie emocje nie wzięły w nich przewagi nad rozwagą, i nie dali plamy w niesławnej aferze Iran-Contra, w której skrycie handlowali za pośrednictwem Izraela bronią dla Iranu, pod równie skrytym politycznym pretekstem wspierania za uzyskane fundusze partyzantki antykomunistycznej w Ameryce Południowej. Robili to wbrew urzędowemu stanowisku "własnego" kraju USA, popierającego w tym konflikcie Irak, chcąc przede wszystkim aby dwaj mocni sąsiedzi Izraela wykrwawili się, najlepiej do sucha aż by padli.
   Zły zapaszek po aferze Iran-Contra jaki do nich przylgnął - były wyroki sądowe - to był jeden powód, że mieli mniejszy wpływ w administracji następnego republikanina, Busha Starszego, 1989-1993. Drugi powód był, że Bush Starszy, stary WASPowski wyjadacz w Kongresie i administracjach politycznych Waszyngtonu - a nie jak Reagan, ideowy przybysz z Kalifornii na paru politycznych walizkach - miał swoją własną "good old boys" drużynę głodną stanowisk. W rezultacie, w pierwszej Wojnie Irackiej 1991 nie było mu jak za bardzo "doradzać", i po rozpirzeniu na pustyniach wojsk Saddama nie poszedł on do Bagdadu i go nie zakatrupił. Saddam - co prawda to prawda - wsadził świętemu narodowi kij w oko parę bezczelnych razy, spuszczając nań klekoczące post-sowieckie scudy, opłacając rodziny palestyńskich samobójców-terrorystów, a raz nawet popisywał się z kałacha przed irackim tłumem, w górę ale trochę skośnie, i do Jerozolimy mogło parę kul dolecieć, gdyby miały podsypane więcej prochu, więc naturalna żydowska wrażliwość kilku świadków wydarzenia skrzętnie mu to odnotowała - i przekazała, co się rozumie samo przez się. Za takie nieposzłuszeństwo Busha Starszego nie tylko neokonserwatyści, ale i cały amerykański medialny naród żydowski nie wybrał go na drugą kadencję, i miał on za to.
   Nastąpiło osiem lat demokraty w Białym Domu. Co nie znaczy, że ten odważyłby się zrobić jeden bezbożny krok w sprawie dla wszystkich Żydów, jak Ameryka długa i bogata, w tym i neokonsów, najwyższej świętości. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza po, nazwijmy to tak, "aferze niebieskiej sukienki". Zresztą z sukienką czy bez, już on aniołami stróżami był otoczony, w nieszczupłej liczbie zresztą. Ale sukienka nie zaszkodziła. Afera wybuchła w mediach w styczniu 1998, a już pod koniec miesiąca, 26-ego, spłoniony przywódca wolnego świata co palił ale się nie zaciągał, otrzymuje list nieprzecenionej wagi, bo podpisany przez Elliotta Abramsa, Johna Boltona, Roberta Kagana, Williama Kristola, Richarda Perle'go, Paula Wolfowitza, et al., aby w zbliżającym się dorocznym przemówieniu o Stanie Państwa w Kongresie oświadczył, że celem amerykańskiej polityki zagranicznej będzie usunięcie reżymu Saddama Husajna siłą, ponieważ akcja dyplomatyczna nie daje rezultatu. Jeśli tak zrobi, szacowni sygnatariusze obiecują mu pełne poparcie. Przywódca wolnego świata nie posłuchał się jednak, wybrał mniejsze dobro, zbombardowania nacjonalistycznych Serbów, przez co, upokarzając ten historyczny europejski naród o dużej spójności etnicznej, sprawił neokonsom jednak niemałą przyjemność, i gniew ich w rezultacie był łagodny.
   W międzyczasie wymiatają neokonsi w przejętych w ramach marszu przez instytucje "konserwatywnych" fundacjach i think-tankach - w tym ich flagowej merkavie American Enterprise Institute - ostatki już liczących się tradycyjnych a nie dających się skorumpować rodzimych konserwatystów, i, ten i ów robiąc na boku intrantny interesik na międzynarodowym handlu bronią czy doradztwie, pilnie się przygotowują. Na co, świat się w odpowiednim czasie dowie.
   Osiem lat mija. W 2001, w efekcie rosnącej oligarchizacji procesu politycznego w Ameryce i konstytuowania się politycznych dynastii, na tron Białego Domu wstępuje Bush Młodszy. Który - no nie jest to Bolko Chrobry z lędźwi Mieszka I, tak to ujmijmy. Neokonsi za sprawą braku naturalnej drużyny politycznej nowego prezydenta (nijak nie mógł podłapać jak się taką robi), mając stare reaganowskie kanały republikańskie otwarte i przy wypróbowanej technice kamuflowania charakteru inspirowanych lub zdominowanych żydowsko ruchów intelektualnych i politycznych kilkunastu frontowymi gojowskimi twarzami, z hukiem wracają do administracji, kładąc swoje zlinkowane z wysokim IQ palce na klawiaturze amerykańskiej psyche politycznej jak nigdy przedtem.
   11 wrzesień 2001. Ameryka otrzymuje fangę w nos za wsadzanie tegoż tam gdzie nie trzeba, czyli za wcinanie się ze swoim ledwie dwuwiekowym stażem w parotysiącletni rytuał kryminalny wedle skryptów ich założycielskich ksiąg Żydów i Arabów.
    20 marzec 2003. Saddam, który nie ma udziału w ataku 9/11, nie konszachtuje z Al-Kaidą, ani nie chomikuje już broni masowego rażenia, czyli jest jak mówi, zostaje zaatakowany, złapany w dziurze, drwiąco wystawiony na widok świata za pośrednictwem mediów i po kiblowym procesie powieszony. W wyniku zmiażdżenia struktury politycznej złożonego etnicznie kraju ("wielokulturowość uczyni nas silniejszymi", już to widzę, najlepiej w Izraelu), Irakijczycy padają tysiącami jak muchy. W Polsce, wybrany z powrotem przez zretardowanych politycznie Polaków rząd ex-komunistycznych zdrajców kraju, ostro wspierany przez miejscowe żydowskie i filosemickie autorytety nadmuchane "wybiórczą" przeszłością, wysyła tam polskich żołnierzy zgodnie z prastarą polską tradycją: Wolność waszą i naszą tanio sprzedam, oferty Pałac Prezydencki, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, etc.
   Bez udziału tych głównie żydowskich - twarde jądro ruchu - neokonserwatystów-intelektualistów, strategicznie uplasowanych w biurokracji bezpieczeństwa narodowego USA, w departamentach Obrony i Stanu, w wywiadzie, nie do pomyślenia byłoby przewekslowanie polityczne naturalnej reakcji kraju na atak terrorystyczny 11 września 2001 - na inwazję Iraku. Inwazję przede wszystkim w lokalnym strategiczym interesie Izraela, gdyż jak to określił jeden z mniej trzęsących portkami publicystów, neokonsi byli za inteligentni żeby nie zdawać sobie sprawy, że nie było udziału Iraku w 9/11, a "dowody" na posiadanie broni masowego rażenia przez Saddama były zmanipulowane. Tym bardziej że są ślady ich własnego udziału w tym procederze.
   Tak więc w wypadku ataku terrorystycznego na USA 11 września 2001 było szereg czynników w polityce tak wewnętrznej jak zewnętrznej, które doprowadziły do takiej sytuacji wyjściowej. Ale bez udziału niezwykle spójnego, agresywnego, nieprzeciętnie inteligentnego i zakorzenionego we własnych historycznych idiosynkrazjach środowiska żydowskiego, do autodestrukcyjnej dla własnego kraju napaści USA na Irak w 2003 by nie doszło. Innymi słowy, udział żydowski nie był w nim warunkiem wystarczającym - ale był warunkiem koniecznym.

Tadeusz Korzeniewski
2009