28.8.17

Detroit


Afrykański autor sięgnął do płaskiej teczki na stole, wyjął zaraz z wierzchu kartkę, i wolno i dobitnie, sylaba po sylabie, z sadystyczną, by nie powiedzieć morderczą satysfakcją, zacytował z Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego herbu Nałęcz aka Joseph Conrad: 

– „Pewnien olbrzymi samiec czarnuch napotkany przeze mnie w Haiti stał się dla mnie obrazem tępego, wściekłego, bezrozumnego szału na zawsze. Postać tego czarnucha nachodziła mnie potem w snach latami”...

Blady strach padł na pogrążonych dotąd w progresywnym błogostanie uczestników spotkania literackiego w lofcie nowojorskiego PEN. W ułamku sekundy ich wyższe funkcje umysłowe zostały miażdżąco zablokowane na pierwszy rozpoznawalny dźwięk słowa „czarnuch”, w wyniku czego zostali poddani bez reszty władaniu mózgu pierwotnego, tzw. gadziego. W rezultacie zamienili się w swoich własnych oczach w małe odstręczające potworki. Robaki nieczyste. Banici z jasnej ziemi. Był to wynik kilkudziesięcioletniego już wielopoziomowego treningu odruchowego, od przedszkola, szkoły, przez Hollywood, media i nawet majstrowanie przy doktrynie eurochrześcijańskiej, prowadzonego przez nową dominującą ideologię świata zachodniego, cwany marksizm jankeski z jego wunderwaffe komunizmem etnicznym, i którego jednym z najbardziej efektywnych narzędzi kontroli było, że wpływowym osobom nie wolno było tego kryptototalitaryzmu publicznie wskazywać, nazywać, a już ręka broń poddawać racjonalnemu dyskursowi. To zostawiano pariasom, lub raczej pariasem zostawał każdy, kto w mainstreamie próbował to robić. 

To w pierwszej chwili.

W drugiej i trzeciej, uczestnicy spotkania stopniowo i jeden po drugim zaczęli z ulgą uświadamiać, że to nie oni przecież wypowiedzieli straszliwe słowo „czarnuch” – „nigger” w miejscowym języku, jeszcze więcej strachu! – tylko zrobił to sam Afro-Amerykanin, czy nawet, i lepiej jeszcze, Afrykanin, i strach zaczął ich w związku z tym stopniowo opuszczać. 

Ale kiedy wydawało się, że opuścił ich już zupełnie, nawet mężczyzn Eurów wytrzebionych politpoprawnie z hardości jak kury, czyli aproksymując optymistycznie 95 % stanu, strach ów zmienił jakby zdanie, albo ktoś go podkupił, czy przestraszył może jeszcze większym strachem, bo zaczął wracać pod inną postacią do Eurów, łapiąc już teraz wszystkich bez wyjątku, całe 100%, za sumienia, zaplątując w kołtuny włókna ich empatii jak nietoperz włosie, rozjarzając zawsze w jakiejś formie obecną w społeczeństwach wolnorynkowych, a już zwłaszcza oligarchizująco wolnorynkowych, świadomość kruchliwości zabezpieczenia materialnego, nawet u najbardziej majętnych, słowem wpinał się w nich ten powracający strach już teraz bezlitośnie, a stawało się to za sprawą ich rosnącej świadomości, że Conrad Eurem przecież był, jak oni, i że od tej wspólności... a nikt nie miał już w tym punkcie intelektualnej zborności dojść racjonalnie jakim cudem wtłoczono ich w tę „wspólność”, przecież w oficjalnej ortodoksji rozdeptywaną z najwyższą odrazą i wstrętem jako uprzedzenie grupowe!... i że zatem od tej odczuwanej wspólności w przestępstwie użycia zakazanego przez bóstwo miary publicznej słowa, co tam zresztą przestępstwie, zbrodni po prostu, od wspólności tej zbrodni, i od za tę zbrodnię kary, nie będzie już dla nich ucieczki...

Kiedy tak publiczność z jej wyższymi procesami psychicznymi unieruchomionymi w żelatynie strwożonych jaźni grzęzła w poczuciu nikłości własnego człowieczeństwa, Afryk musiał to na bieżąco instynktem odczytywać, gdyż szczególnie się stylistycznie rozluźnił, płynnie przechodząc teraz do psychologicznych podstaw zbrodniczej wypowiedzi Conrada: 

– Conrad urodził się w tysiąc osiemset pięćdziesiątym siódmym roku, tym samym w którym pierwsi anglikańscy misjonarze pojawili się wśród moich ludzi w Nigerii. Nie było z pewnością jego winą, że żył w czasie, w którym reputacja czarnego człowieka była szczególnie niska. Ale nawet uwzględniając wpływ uprzedzeń powszechnych w tamtym czasie na jego sądy, ciągle pozostaje w nastawieniu Conrada ognisko antypatii do ludzi czarnych, które da się wytłumaczyć jedynie jego osobliwą psychiką...

W tym właśnie momencie to od czego zacząłem tę historię, że w Nowym Jorku odpaliło mnie w przyszłość Polski jak racę, w tym momencie to we mnie zaszło. Powoli podnosiłem się z krzesła. 

– Byłem w Detroit – powiedziałem odsuwając lekko krzesło. – Odwiedzić znajomych z Polski. Dzielnicę Wojciechowo, słynny „Poletown”, buldożery zmiotły już w tym czasie z powierzchni miasta. Ale w suburbs można było spotkać szereg środowisk ameropolskich. W Sterling Heights, The Heights jak tam mówią, gdzie się zatrzymałem, radziło sobie jedno takie. 20 mil od Detroit, ludność w 20% pochodzenia polskiego, w 90% eurskiego. Afryków niecałe 2%. Domki, rodziny, sąsiedzkość, ład. Small town America, legendarna Ameryka małych miejscowości. Najlepsze co eurska cywilizacja stworzyła na tym kontynencie. Jeździliśmy do Detroit, oczywiście. Zobaczyłem dość, żeby dziś całkiem naturalnie w tym miejscu zapytać: Proszę powiedzieć. Dlaczego wy, ludzie sub-Sahary, zrobiliście to co zrobiliście z tą perłą amero-eurskiej cywilizacji? Dlaczego doprowadziliście tę kolebkę modelu T, kwintesencji ducha Ameryki, do takiej urbanistycznej zapaści? Dlaczego, kiedy pojechałem samochodem na pierwszą przejażdżkę po waszym Detroit – bo tak je teraz mianujecie, jako afrykańską stolicę USA – za przewodników mając starszą parę, która wychowała się w jednej z jego dzielnic (i w niecały rok po paleniu przez was miasta w 1967 umknęła do przedmieść), to dwoje ich wnucząt co i raz upewniało się czy zatrzaski drzwi są wciśnięte? Dlaczego, kiedy odwiedzałem wasze miasto 16 lat po tamtej waszej etnicznej wojnie na Eurów, pozostała ludność eurska w dalszym ciągu wyciekała z metropolii równym strumieniem 10 tysięcy mieszkańców rocznie, a w pierwszych pięciu latach po owym etnicznym odkryciu kart, ćwierć miliona ich opuściło słynną waszą kolebkę Motown Sound? Dlaczego, kiedy mieszkańcami miasta byli w 90% Eurowie i społeczności wasza i eurska były naturalnie odseparowane, głównie z eurskiej woli – gdyż nie było jeszcze ingerencji w te wolności płynącej z rządowej przemocy – to eurskie matki udając się na sprawunki zostawiały domy i od podwórka i od ulicy otwarte, i spokojne były jakby chroniły je trzy spusty? Dlaczego, kiedy przyszły lata 1950. i coraz więcej was zaczęło napływać z południa do Detroit, a wasza lokalna populacja również szybko naturalnie rosnąć, to w tradycyjnych spokojnych dzielnicach eurskich rowerki dzieci zaczęły znikać z werand i trawników, jedne do odnalezienia na rogu ulicy, inne już wcale. „Takie rzeczy nigdy nie zdarzały się przedtem” i „To był początek kiedy zaczęło się to psuć” – tak uciekinierzy z miasta to mi przedstawiali, spoglądając po latach wstecz. Dlaczego, kiedy eurskie małolaty Detroit od pokoleń figlując podczas halloweenowej Nocy Diabła dokonywały aktów „wandalizmu” takich jak pisanie mydłem na szybach sąsiadów, zarzucanie papierem toaletowym ich drzew, skryte naciskanie dzwonka u drzwi, odkręcanie skrzynek pocztowych, czy „zamurowanie” okna od zewnątrz cegłami kiedy już rzeczywiście mieli ochotę „pójść na całość” – to kiedy wasz narybek z hoodu wszedł w strumień tej eurskiej juwenalijnej tradycji, zaczęliście palić setkami rzeczywiste budynki miasta? W roku mojej wizyty w Detroit w trzy dni wokół Halloweenu ponad 800 ich poszło z dymem, opowiadała mi kobieta, która spędziła noc na werandzie swojego domu z bronią na kolanach i pudełkiem amunicji u stóp. Eurscy zaś trusie-dziennikarze w lokalnej prasie – i ogólnokrajowej, kiedy nie dało się już zamieść rzeczy pod lokalny dywan – pakowali zjawisko dla biernego konsumenta jako „detroicki fenomen kulturowy”. „Kulturowy” – przez tydzień nie mogłem przestać się śmiać, kiedy pierwszy raz przeczytałem ten kulturbolszewicki orwellizm. Dlaczego wskaźnik zabójstw w mieście w roku mojej wizyty, 1983, kiedy było ono w 80% afro-amerykańskie, był blisko 10-krotnie wyższy w porównaniu z latami 1940., kiedy było ono w 90% eurskie i o populacji dwukrotnie wyższej? Nic dziwnego, że korporacje studenckie pobliskiego uniwersytetu Wayne State wpadły na pomysł urządzania otrzęsin w opuszczonych budynkach co „lepszych” partii waszego miasta, waszej afro-amerykańskiej stolicy USA, jak utrzymujecie. Mrożące krew w żyłach otrzęsinowe rytuały musiały tam odchodzić, wyobrażam, na przykład spacer w pojedynkę o drugiej w nocy wokół bloku z 20-dolarówką w zębach?... Po tych kilku przykładach, proszę nam odpowiedzieć: Co się zmieniło od czasu kiedy Conrad pojechał na Haiti, który to rok mógł być, 1877, 1878, to był jego pierwszy wojaż na Karaiby, jeszcze w marynarce francuskiej... Więc co się zmieniło w ciągu tych blisko 100 lat między tamtym jego pierwiastkowym doświadczeniem „tępego, wściekłego, bezrozumnego szału olbrzymiego samca czarnucha” – a sytuacją blisko 70-letniego detroickiego szewca, usiłującego bronić swojego warsztatu pamiątkową szablą, kiedy w pierwszym dniu wybuchu waszego urbanistycznego szału AD 1967 zaatakowaliście go całą grupą, a jeden z was, 20-letni „black boy”, kijem bejsbolowym zakatował go na śmierć? Co się zmieniło? Gdzie różnica? Czy pod spodem tej gwałtownej naturalnej reakcji Conrada z 1878 roku nie leżał przygotowawczy opór i potrzeba samoobrony, wyegzekwowania naturalnego prawa do zachowania własnego życia, a pośrednio życia i kultury wspólnoty, jego wspólnoty, polskiej i europejskiej? Czy to nie ta właśnie odruchowa reakcja Conrada w pierwiastkowym doświadczeniu haitańskim wyraziła się blisko 100 lat później w postawie właściciela sklepu z akcesoriami medycznymi w Detroit, który w obronie przed czterema Afrykami rabusiami zastrzelił jednego z nich, skutecznie chroniąc w ten sposób siebie, swoją rodzinę i źródło jej utrzymania? Zapamiętałem nazwisko charakterniaka, Stanley Meszezenski. Gość. Wiemy, wiemy, po ugaszeniu rozruchów narzekaliście na systematyczną brutalność policji jako powód wybuchu, na brak mieszkań, biedę, brak zatrudnienia. Tylko jak statystyki pokazywały, sytuacja wasza w Detroit była pod względem zatrudnienia, płac, warunków mieszkaniowych lepsza niż sytuacja waszej grupy w jakimkolwiek innym dużym mieście kraju. A policji, która wtedy nie miała jeszcze rąk związanych politpoprawnością, też dawaliście niemało do roboty, nie bądźcie tacy skromni. No i był „rasizm”. Rasizm w tym wypadku Północy. Co do wojny o was, którą przypłaciło życiem ponad pół miliona Eurów, stanęła. Cały wiek przedtem. Żebyście byli ludźmi wolnymi. Aż tyle – i tylko tyle. Ja bym na waszym miejscu zaczął przybastowywać z tym „rasizmem”. Z tego rzeczywistego powodu, że ostatecznie, pod skórą skór, gdzie nie ma już dna tylko coraz gorętsza sama matka ziemia, tam ten ostateczny „rasizm”, uprawniona niechęć ojców córek-Eurek do mieszania przeznaczenia ich krwi z przeznaczeniem waszym, nigdy nie zgaśnie. Zacznijcie wyswobadzać się z pęt tego argumentu, gdyż na tej płaszczyźnie ostatecznie przecież polegniecie. Do czego więc doszło w Detroit ‘67 naprawdę? Do przekroczenia punktu przeznaczenia. W latach 1940. i 1950., kiedy coraz tłumniej tu napływaliście z południa w poszukiwaniu prostej dobrze płatnej pracy na taśmach fabryk samochodów, Eur bronił się przed mieszaniem jego wspólnoty z waszą, oczywiście, i przed czymś właśnie takim. Eurscy detroitanie próbowali przeciwdziałać rozlewaniu się waszej gwałtownie rosnącej populacji w ich dzielnice, uciekając się do sposobów od legalnie administracyjnych po półlegalne fizyczne, w jednym wypadku wznosząc sześciostopowy betonowy mur wzdłuż jednej z ulic. Ale już w latach 1960. przelewanie się półmilionowej już w tym czasie waszej masy w lokalny eurski świat stawało się niepowstrzymanym faktem. W 1967, roku wybuchu waszego etnicznego szału, stanowiliście 40% populacji Detroit. Miejsce osiągnęło punkt konfrontacji przeznaczeń: na zasadzie liczby chcieliście miejsce „mieć”, ale miejsce wam się nie poddawało, i słusznie, gdyż w żadnym istotnym przypadku nie byliście ojcami jego „być”. Najlepiej daje się to zobaczyć na przykładzie dzielnicy ulicy 12, tej właśnie, gdzie skrzesała się iskra waszego wybuchu etnicznego, od której zajęło się miasto. Dzielnica ta jeszcze w roku 1940 nie miała praktycznie mieszkańców Afryków, była w blisko 99% eurska. A tylko 20 lat później, w 1960, proporcje etniczne radykalnie odwróciły się, wy byliście dominująca większością, a Eurowie zeszli do niecałych 4%. Pierwsi Afrykowie wprowadzili się do dzielnicy ulicy 12 pod koniec lat 1940. Byli przedstawicielami waszej klasy średniej, samej umykającej od waszych „dołów”. Utarło się powiedzenie, że udaje się takim przeżyć „pięć dobrych lat” w nowym sąsiedztwie, zanim pozostawieni w tyle mniej naturalnie eursko przysposobieni z waszej wspólnoty zaczną dołączać. Tak i tu, przyszli bezdomni, pijacy, żebracy, awanturnicy, agresywna młódź, ludzie półświatka, opanowując, jak w dzielnicy poprzedniej – a przedtem w poprzedniej, i jeszcze w poprzedniej, i jeszcze poprzedniej – najpierw rogi ulic, przedsionki, całe ulice, parki, sale rozrywek, tańsze bary, zaniżając wartość rezydencyjną okolicy, a kiedy Eurowie zaczęli wyprowadzać się z mieszkań, sprzedawać stopniowo domy, wy podnajmowaliście je żyjąc w pięć, sześć rodzin tam, gdzie zamieszkiwały za Eurów dwie, i w niecałe 20 lat podwajając liczbę mieszkańców dzielnicy. Solidna komercja Eurów ustępowała, bankrutowała, relokowała się, a w jej miejsce w tych samych pomieszczeniach otwierały się obskurne bary, lombardy, sale bilardowe, sklepy z alkoholem, używanymi rzeczami. W takim środowisku i takiej dzielnicy w jednym z pomieszczeń serwująych alkohol nielegalnie po godzinach skrzesała się iskra co podpaliła miasto. Policja zrobiła nalot i wygarnęła blisko setkę uczestników bibki celebrujących powrót dwójki waszych – to chyba przyczyniło się do ostatecznego zaskoczenia ognia – z tury wojny wietnamskiej. Po odjeździe policji z aresztowanymi „ktoś” zaczął wyłamywać kraty pobliskiego sklepu z ubraniami. „Ktoś” rozbił szybę. W kilka minut zaczęło się masowe rabowanie i podpalanie wszystkiego co dało się zrabować i podpalić. Sklepy, samochody, śmietniki, mieszkania płonęły jak stogi siana. Pojawili się wyraziciele waszej skrajnej kolektywnej woli, ochotnicy strzelający z dachów domów losowo do Eurów. Po dwóch dniach rząd ściągnął Gwardię Narodową, po trzech 82 Dywizję Powietrznodesantową. Po pięciu podliczono wyniki: 40 plus zabitych, 1000 rannych, 7000 aresztowanych, dymiące połacie miasta. To był początek końca Detroit jako eurskiego civitas. Przed tym ostrzegał instynkt młodego Conrada w 1878 na Haiti. To była ta jego „osobliwa psychika”. Nieprawdaż? A mnie chodzi w pierwszym rzędzie o Polskę. Bo że Ameryka bez głębszej myśli sprowadziła 650 tysięcy was i użyła, a dziś ma was 40 milionów i tańczy jak jej rapem zahukacie, to takie rezultaty przewiduje amerykańska mądrość ludowa „what goes around, comes around”. Zbierasz jak zasiałeś. Trzeba się tylko było tej mądrości trzymać. Ale Polska nie rozbijała waszych prostszych form organizacyjnych w Afryce. Nie łapała was w buszu. Nie przewoziła w ładowniach statków. Nie zaprzęgała do niewolniczej pracy. Ten dzisiejszy miałki neomarksistowski atak na Josepha Conrada, próba sprowadzenia autora-wspornika naszej kultury, śmiałego żeglarza horyzontów etyki i honoru, do poziomu pariasa za niedostatecznie cieplarniane potraktowanie waszej grupy 100 lat temu, to z polskiego punktu widzenia zakamuflowana próba etnicznego zdominowania nas przez was, kropka. I nasza odpowiedź na to jest jednoznaczna: Z daleka z tym śmietnikiem „multikulturowym” od Polski. Z daleka i z wami. My was nie chcemy. Żyjcie sobie najlepiej jak możecie, powodzenia. My nie wykorzystywaliśmy was i nie przeszkadzaliśmy wam w przeszłości, i wykorzystywać was i przeszkadzać wam nie mamy zamiaru. My, owszem, nie byliśmy zawsze w porządku z kuzynami Litwinami. Nie byliśmy zawsze w porządku z kuzynami Białorusinami. Nie bywaliśmy w porządku z sąsiadami Ukraińcami (tu jest zabrużdżona miedza). I coś się też uzbierało z kuzynami Słowakami, i z kuzynami Czechami. I w tych wypadkach my Polacy poczuwamy się do pewnych długów, i do potrzeby pewnych zadośćuczynień, i do pewnych wzajemnych wyczyszczeń, i tu leży droga do pewnej bliskości, ściślejszej wspólnoty. Do bliskości też z kuzynami Serbami. Z kuzynami Węgrami. Z kuzynami Estończykami. Z kuzynami Łotyszami. I z kuzynami Finami może nawet – bo to też jest do dokopania się, ta wspólność też nie jest aż tak odległa. Ale my mamy również nasze dobre naturalne prawo nie chcieć innych zbyt blisko nas. I my was – nie chcemy. Nie chcemy was w Elblągu. Nie chcemy was w Gdańsku. Nie chcemy was w Lublinie. Nie chcemy was w Ustrzykach, Dolnych ni Górnych. Nie chcemy was w Kazimierzu nad Wisłą. Nie chcemy was w Warszawie. Nie chcemy was w Krynicy Morskiej. Nie chcemy was w Szczecinie. Nie chcemy was na Mazurach. Nawet w małym Ruszowie w lasach zgorzeleckich też was nie chcemy. Nie wchodźcie na ten płot. My chcemy żeby ten płot stał. Żeby był między nami dystans. Z racji moralności narodowej nie widzimy w tym nic gorszącego, że tego chcemy. Dlatego tym bardziej trzeba nam już dziś na progu naszego domu wam powiedzieć: Tu nie jest wasze miejsce. Tu nie będziecie czuć się dobrze, jak nawet po dziesięciu pokoleniach nie czujecie się dobrze w Ameryce. Tu w Polsce żyją inni ludzie niż wy. Tu żyjemy my . . .

W tym momencie w lofcie amerykańskiego krajowego zarządu PEN przy nowojorskim dolnym Broadwayu zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Z nadmiaru prawdy na sali, w moim przekonaniu. Rozświętoszkowanemu Eurowi co wdychał i wydychał współczucie-oburzenie, zatkać się musiał dopływ krwi do mózgu, niedużego bo zaraz zemdlał, podrygując nogami jakby sprawa była jeszcze poważniejsza. Pierwszej intelektualistce Ameryki, i globu, zaczęła rosnąć gwałtownie ze złości broda. W drzwiach sali pojawił się nagle Joseph Conrad, jedną ręką prowadząc dziecko z obandażowaną szyją, drugą dobywając z kabury webleya (chyba webleya), co widząc profesor afrykańskiej literatury w jednej z najbluszczowszych uczelni Nowej Anglii poderwał się, przewracając krzesło, długimi susami dopadł okna i zaczął szamotać się z framugą, bo nie mógł znaleźć klamki, gdyż budynek był klimatyzowany, więc po co. Nagle wkroczyła do sali pierwsza fotografka i widząc brodę swojej intymnej przyjaciółki sięgającą prawie pasa, szybko wyjęła aparat fotograficzny i zrobiła zdjęcie. Nie wiem dlaczego, ale wszystko po tym wróciło do normy. Afryk zawrócił spod okna, podniósł krzesło, usiadł i dalej zaczął rzucać włóczniami skrytej żądzy dominacji w stronę odsuwającego się ku wyjściu – jak odpływ w ujściu Tamizy otwierający Jądro ciemności – Conrada, z ranną eurską dziewczynką trzymającą się kurczowo jego dłoni. Głupawy Eur parę rzędów za mną ocknął się, zrobił rowerka nogami jak więzień rozmasowujący przeguby rąk po zdjęciu sznura, i usiadł z powrotem, wydając jak poprzednio wydechy oburzenia i wdechy współczucia, w ścisłym alternatywnym porządku. Broda pierwszej intelektualistki Ameryki prawie w okamgnieniu i bezszelestnie wrosła na powrót w jej skórę. A ja usiadłem z powrotem w krześle, przybierając minę jakbym nigdy nie wstał i niczego nie powiedział. 

Chyba zresztą tak było.


frag. rozdziału Do Wyoming (2013), 1-a publikacja w sieci 2008