Jak Zbigniewowi Herbertowi siadła kasa

Herberta nie znałem, kiedy byłem w Warszawie on  był na Zachodzie, żonę poznałem na jednym z warszawskich obiadów. No i jesienią 1980 była w Warszawie ekipa TV z Holandii i oni poprosili żebym czytał „Przesłanie Pana Cogito” im do kamery. A po końcowym „Idź” podniósł oczy i płomiennym zbuntowanym wzrokiem wlepił się przeciągle w ten ich przyrząd. Rok potem spędzałem Wigilię ‘81 u znajomych na Montmartre i zadzwoniły panie z Holandii, że właśnie szedł w ich TV film o Solidarności, w którym czytałem Herberta, i że dobrze wyglądałem. Nie będę polemizował.

Ci znajomi w Paryżu to byli artyści z powojennej emigracji, plastycy przeważnie, no i Andrzej Dobosz. Ale parę lat później w Nowym Jorku poznałem ludzi z kultury przedwojennej Polski i to było coś na serce. To była II RP w ciągle zmysłowym autentyku. Była tam bardzo starsza pani o rozbrajającym uśmiechu, do której w dzieciństwie Kornel Makuszyński, sąsiad z ulicy, wołał widząc wracającą ze szkoły: „Jak widzę pełną zębów ulicę, to już wiem, że moja Halinka idzie!”. Było ciągle jeszcze paroosobowe towarzystwo, które Jan Lechoń zabawiał w ich nowojorskim mieszkaniu scenką: zsuwał się z krzesła na kolana na podłogę, na kolanach szybko kroczył do drzwi wyjściowych, komentując: „Leśmian wstał z krzesła i wyszedł” (Leśmian był krótki). W Polsce, w Warszawie jaką znałem, to środowisko było prawie kompletnie zamordowane lub wymiecione, więc w Nowym Jorku to było niczym odwojowana ojcowizna.
W połowie lat 80. Kiszczak wypuścił Adama Michnika, który siedział za powodzenie Żydów pod pretekstem że Polaków. Ludzie, nie tylko Polacy, nie są w tych kiwkach zbyt rozgarnięci i Michnika pełno było teraz w polonijnych mediach. Jednego weekendu jestem u pary nobliwych sióstr co wychowały się w przedwojennej Alei Róż, w jednym z tych mieszkań, w których po wojnie rozpanoszyła się żydokomuna, żeby z czasem słać z nich na Zachód jękliwe skargi jak to etniczni Polacy wzbogacali się po wojnie na pożydowskim mieniu. No i jestem u tych Pań, akurat ukazał się dłuuuugi wywiad z Adamem Michnikiem w tutejszym Nowym Dzienniku, i wprost widzę jak Panie już kucają w blokach żeby mi go zachwalać. Jedna mówi:
– Czytał pan dzisiaj wywiad z Adamam Michnikiem? Ach, proszę pana, co to za mądry człowiek!...
– Czytałem – mówię. – Ale tylko do jednej trzeciej. Nudne, same banały, demokracja, Europa, godność, wolność, i z powrotem, wolność, godność, Europa, demokracja. Nudy na pudy, nic szczególnego.
A ta siostra patrzy tak na mnie, patrzy... I mówi:
– A wie pan, ma pan rację, Ja też całego nie przeczytałam.
Rozgadałem się. Do rzeczy.
W 1985 Zbigniew Herbert udzielił wywiadu (ukazał się w 1986), w którym otwarcie, z nazwiskami, po raz pierwszy jak na niego, skrytykował przyssany do Polski etos, w którym stalinowskich przeskrobańców mordujących swego czasu kulturowo Polskę było jak myszy w stogu. Cytat: "Nie zawsze potrzebne jest aż studium socjologiczne. Jakże pouczającą lekturą jest lista lokatorów w Alei Róż, to jest proste, nie wymaga ukończenia szkoły znakomitych Ossowskich, każdy dozorca to rozumie". Garść słów prawdy Herberta – naparstek jak na tony zdań jakie wypowiadał w innych kulturalnych sprawach – spowodowała histeryczne polsko-ogólnoświatowe trzęsienie ziemi. Od Warszawy, Krakowa, Sztokholmu, Paryża, Londynu po Nowy Jork, Ottawę, Buenos Aires, Tel Aviv i Melbourne. Wypisz wymaluj jak Marsz Niepodległości 2017; wypisz wymaluj analogiczny organizm etniczno-nerwowy.
Wtedy w 1986 w Nowym Jorku jedna z pań nowojorskich, miła uczynna osoba, zasiadająca w zarządach wszystkich chyba polsko-amerykańskich fundacji na wschód od Mississippi, i paru na Zachodnim Wybrzeżu, kiedy do tej pory rozmowa z nią schodziła na Herberta, cała była w najwyszukańszych skowronkach. Ale wkrótce po „niefortunnym” wywiadzie poety, tak transmituje do mnie przed koncertem w Lincoln Center:
– Proszę pana, piszą do mnie i dzwonią z Paryża, że Herbertowi kończą się pieniądze. Że trzeba mu jak najszybciej pomóc. Stypendium przyznać, może o jakąś nową nagrodę się wystarać. Proszę pana, przecież my tak nie możemy. To jest prawie publiczna presja. Są projekty, rozumie pan, jest tyle osób...
To pani.
Z panami też było...
Nazwałem ich Małżeństwo Polska, bo byli nasi, etniczni, nazwisko wielospółgłoskowo szeleszczące, pochodne od miejscowości, pięknie superpolskie. No i po tym jak nosili się i żyli – mieszkali pod Nowym Jorkiem w gustownie urządzonym domu w stylu kolonialnym, nowoangielskim odpowiedniku polskiego szlacheckiego dworku – wiedziałeś, że wywodzą się z utwierdzonej od pokoleń linii polskiego ziemiaństwa, szlachty. Tych tradycyjnych 10% stanu będących sprawnikiem kulturowym, gospodarczym, militarnym i politycznym historycznej tożsamości polskiej. Co było dobre i złe. Dobre, bo z tych 10 % stanu, a nie jak w państwach zachodniej Europy dwóch-trzech, wywiodła się polska demokracja szlachecka z jej indywidualnymi prawami, jaskółka europejskiej. A złe, bo te aż 10 % osłabiało władzę centralną, osłabiało, aż ruska i germańska psiarnia rozwłóczyły rozbisurmaniony kraj po rogatkach, do dziś nie może się pozbierać.
Więc niedługo po tamtej rozmowie z panią od fundacji jestem w living roomie podnowojorskiego domu Małżeństwa Polska i sączymy scotcha na lodzie. Bo Bolesław kilka minut przedtem spojrzał na zegarek i:
– O, szósta! Możemy nalać sobie drinka.
Taki chodzący w tamtym czasie manewr wśród poważnych menedżerów. Wielu z nich z nadmiaru presji zawodowej i luksusu przesadzało z płynem. Więc wymyślili, że jak nie będą zaczynali przed szóstą wieczór (koniec z 3-martini lunchami!), to będzie to charakter, wola, więc nie alkoholizm. Niektórzy wpadli na pomysł – to faceci z głową – żeby przyrządzać tylko jednego martiniego, w specjalnym szkle, na oko pół litra. Więc Bolesław z półlitrowym:
– A co z Herbertem... Co też on ponawygadywał!!
– Co takiego powiedział? – chciałem usłyszeć jak Bolesław uzasadni.
Bolesław żachnościowo przechylił głowę. I zmilkł. Wiedziałem. Drogi pan Bolesław, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w stanie spoczynkowym zasłużonym, nie czytał wywiadu. On podłapał tylko pchłę-opinię, co na jakimś „polonijnym” (to słówko powoli nam zdycha, i świetnie, kiedyś to wyjaśnię) obiedzie czy party przeskoczyła na jego zajętą biznesową głowę. Ale od czego ja tam byłem.

*
– Opowiadał o swoich wydawniczych problemach – wspomina Mirosław Chojecki – myśląc, że mogę mu jakoś pomóc, zupełnie się jednak na tym nie znałem, nie miałem znajomego prawnika, tylko masę swoich problemów.
Tak że pożyczałem mu tylko czasem, gdy przelewy się spóźniały, sumy niewielkie, które szybko oddawał. "Kontakt" miał też własną drukarnię, wydaliśmy mu więc "Barbarzyńcę w ogrodzie", dawno już nie wznawianego. Jak na wydawnictwa emigracyjne luksusowo, na kredowym papierze, z okładką Lebensteina, nakład też emigracyjny i takie same pieniądze, miał więc żale [...]
Wrócił w 1992, tak zresztą jak cały, prędzej czy później, polski Paryż. Po 1989 kończyły się bowiem możliwości finansowe dla Polski - stypendia, zaproszenia, od których zależała jego egzystencja. Zniknęła cenzura, wszyscy dostali paszporty, emigracja traciła sens.
Jolanta Chojecka:
- Chorował, nie miał z czego żyć, musiał wrócić, ale z wielką niechęcią, czuł się lepiej na Zachodzie, a już zwłaszcza w Grecji, Włoszech. Widział też, co się w wolnej już Polsce dzieje, przeczuwał może, jak zostanie tam potraktowany? Co go czeka?
Ale nie miał innego wyjścia. >>

Brak komentarzy: