Jarosław Marek Rymkiewicz robaczy Polakom w czaszkach


Polish Haitians. Jimmie Koniecpolski
Robaczy tak:
  •      polskość nie jest ani biologiczna, ani genetyczna
  •      Ona nie bierze się z krwi a nawet, jak pokazuje mój przykład, nie bierze się z pochodzenia.
  •      Nie mam ani kropli polskiej krwi, w moich komórkach nie ma ani kawałeczka polskiego genu;
  •     Polskość to jest straszna siła duchowa i to nie my ją wybieramy, bo nie możemy niczego wybierać, to ona nas wybiera [link]
Tak zwany ‘Aleksander Ścios’ aż orgazmu dostał >>>>
Nie pomijając tarcia kolanami innych patriotycznych >>>>
Jarosław Marek Rymkiewicz robaczy Polakom w czaszkach, bo na bazie że sam jest "mulatem", podgryza etniczną polskość. Jestem "mulat" i w związku z tym unieważniam całą etniczną historię Polski. Jest dureń po prostu.
**
W Amazonie na stronie Do Wyoming staram się przemówić do wspólnotowego rozumu:
Dziś, w roku 2017, warto zwrócić uwagę jak ta proza, opublikowana w styczniu 2013 a pisana w latach poprzedzających, "przepowiedziała" obecne agresje migracyjne do krajow etnicznie europejskich populacji tzw. trzeciego świata. Jak z "przepowiedniami" bywa, lepiej – bo intuicyjnie – mogą one wskazywać na źródła problemów, i ewentualne rozwiązania, niż zintelektualizowane analizy bieżące, wysypywane dziś koparami przez polityków, dziennikarzy i akademię.
No ale zjechały kopary i jesteście dziś zasypywani mędrkowaniem bieżącym polityków, dziennikarzy i jajogłowych w imigracyjnej sprawie. „Sieci/wPolityce.pl”, „Do Rzeczy” i co tam jeszcze po bokach, nie mówiąc o napieralskich na szkło, aż się od tych ochotników do pierwszego szeregu dławią. Ja, ja, ja, ja, ja, nie właśnie ja, a ja też, a ja to dopiero mam do powiedzenia w tak żywotnej dla Polski imigracyjnej sprawie! To ci sami, którzy, gdyby nie instynktowy masowy odruch antyimigracyjny Polaków i nie wyprztykanie się z energii pobolszewickiej hordy etnicznej aka „lewica laicka”, dalej siedzieliby jak trusie pod swoimi bryłkami miedzy.
Trzeba było mieć instynkt w miejscu i szczekać 5 lat temu to nie mielibyście dziś 2 milionów Ukraińców w Polsce. A tak ich macie i będziecie się pieprzyć z nimi przez następne 200 lat, a jeszcze multietniczny Mateusz Morawiecki parę nowych milionów wam dosypie. A nie szczekaliście bo tę inwazję naród przespał i nie było popularnego odruchu, więc spaliście i wy, „elita”, żeby nie użyć gorszego słowa. Ja nie spałem ale nie daliście mi platformy przez wprowadzenie Do Wyoming w dyskurs narodowy przez co mógłbym mieć wpływ. Wyspiański dobry wieszcz, "piłą rżnęli". Ale nie powiedział jaka to rżnęła krew (a nawet zwodził: „taki rok czterdziesty szósty - przecież to chłop polski”). A krew „piłą rżnąca” była ta sama w 1846 co w 1943-44, sprawdźcie mapę i demografię. Inna niż nasza, pieprzcie się z nią teraz 200 lat.
**

„NA BOK Z NIMI”, rozdział Do Wyoming, 2013

Czytam w popeerelowskim tygodniku krajowym apologię nieistotności genetycznej polskości. Patriotyczny profesor o nazwisku spektakularnie etnicznie polskim propagandyzuje na jej rzecz w nowonajeźdźczym jankesko-marksistowskim mainstreamie. Poklepuje Polaka po jego znękanej na wylot potylicy za jego słynną historyczną tolerancję. Puszcza mu słodki czad, że następny Mickiewicz może być Wietnamczykiem. A na koniec, w konwencji popularnej po 1989 wśród stadnej inteligencji polskiej historii alternatywnej – odreagowującej w części narodowe traumy w miejsce prostolinijnego męskiego rewanżu – straszy: „Bo co tak naprawdę zrobilibyśmy bez Polaków obcego pochodzenia, bez Kopernika, Chopina, skamandrytów?”.
No profesorze patriotyczny polski, tylko za dużo kumbaya w kaszymannie. Co zrobiliśmy. Żylibyśmy. Dziś jest nas etnicznych Polaków 50 milionów. Nie ten Kopernik to inny, nie ten Chopin to inny. Bez Kopernika Ziemia dalej kręciłaby się wokół Słońca, a Galileusz i Kepler czy inny/inni robotę odwaliliby. Bez Polski nie byłoby Chopina jako takiego Chopina, bez Chopina takiego czy innego Polska byłaby. Co jest ważniejsze, Chopin czy Polska? Polska. Dla Weisera Dawidka warto było gościć Bermana mordercę zza biurka? Dla mnie jasne, że nie. A skamandryci druga woda po kisielu. Coś jeszcze?
A oto co mądrzejszy – hierarchia, robaczki, albo śmierć – profesor, co się nam na szczęście od druzgu wojny i powojnia uchował, co powiedział w sprawie:
Państwo jednego narodu
[J]edność etniczna państwa. Przytłaczająca większość dzisiejszych mieszkańców Polski to rdzenni Polacy, co więcej – wyznający jedną religię, wpływającą na świadomość etyczną także jednostek areligijnych.
Także i tutaj obecną sytuację zawdzięczamy straszliwym kataklizmom doby wojny i okupacji, późniejszym przesunięciom granic i związanych z tym gigantycznych akcji przesiedleńczych. Polacy nie byli sprawcami, lecz ofiarami tych procesów. Ale w ich wyniku Polska już z początkiem lat 50-tych stała się państwem etnicznie jednolitym, w którym dynamiczny przyrost naturalny dotyczył przede wszystkim Polaków. Mniejszości narodowe nie przekraczają 3 procent, a ostatni spis powszechny wykazuje nawet jeszcze mniejszy odsetek ludzi posługujących się na co dzień językiem obcym.
Można zapytać, czy ma to jakieś znaczenie? Według mnie – olbrzymie. Nasi politolodzy i politycy przemilczają tę sprawę, traktują ją wręcz jako coś wstydliwego, iż w tak zróżnicowanej etnicznie Europie Polska jawi się jako kraj niemal monotonnie zwarty. Ale przecież to jedność etniczna wzmocniona jednością religijną jest podstawą naszej tożsamości i spójności państwowej, wzmacnia naszą tożsamość kulturową, a w wymiarze gospodarczym, społecznym i politycznym, oszczędza nam ogromnych trudności, które stałyby się naszym udziałem, gdyby do – wynikających z komunistycznej dyktatury – biedy i systemu opresji, dołączyć jeszcze waśnie narodowe.
Skok z międzywojennego państwa wielonarodowościowego do powojennej, obecnej Polski narodowo jednolitej, sam w sobie jest wielką wartością. Ta zmiana sprawiła, że powiększył się istotnie obszar oddziaływania polskiej kultury, języka, naszego świadectwa religijnego, naszych obyczajów. I to bez konieczności prowadzenia w tym celu wojen zaborczych, narzucania innym naszych wzorców kulturowych
...i jednego języka
Profesor Stefan Kurowski
Konsekwencją zmian historycznych i przesunięcia granic było również to, że w miastach w dawnej kongresówce oraz na Ziemiach Odzyskanych osiedliła się ludność, której uprzednio tam nie było. Gdy w minionym półwieczu liczba Polaków w kraju wzrosła o 60 procent, w tym samym czasie liczba Polaków w miastach wzrosła trzykrotnie. Dzisiaj nie tylko Wrocław i Szczecin są miastami czysto polskimi. Ale także Będzin, Lubartów, Opoczno, Warszawa, Kraków, czy Rzeszów.
We wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach dźwięczy dziś język polski. Od Szczecina po Przemyśl, od Jeleniej Góry po Suwałki możemy być pewni spotkania z ludźmi podobnymi do nas, którzy, podobnie jak my, pojmować będą solidarność społeczną, dobro wspólne i patriotyczną więź z narodem.
Tak powiedział profesor – to profesor, to rozumiem – Stefan Kurowski, w tym samym mniej więcej co Profesor Kumbaya polskim czasie.
A nowa gra oszustów już otwarta. Już w toku przymilanie się nadwiślańskiemu folkowi, i prostemu, i jajogłowemu, zawstydzanie go, odwoływanie się do dumy, próżności, poczucia winy, wykorzystywanie niewiedzy, a wiedzy blokowanie, zaniżanie samowartości, zahukiwanie, mowy prawne przyduszanie... Raz szybciej, raz wolniej, raz otwarciej, raz skryciej, obrabia się polskie robaczki w deseń, że powróćmy do Polski Jagiellonów, wielonarodowej, wieloetnicznej, wielokolorowej, wieloreligijnej, słynna nasza polska „tolerancja”, „tolerancja”... Bełkot. To nowy, lepszy, cwańszy marksizm jankeski w ornat się przebiera i ogonem na czarną mszę etnicznemu Polakowi dzwoni.
Nie dajcie się dziś zbałamucić jakąś zaprzeszłą ideą Polski „wielonarodowej”, blondyni i szatyni polscy (zwłaszcza blondynki). Wystarczy już tych miękkogłowych egzaltacji „miasteczkami” co to w nich Polacy byli „tylko 30% mniejszością” i jam-jam jakie to było pyszne. Niby dlaczego? A no bo tam w tych miasteczkach żyli i tacy, i tacy, i tacy, i tacy, i tacy, i jeszcze nawet tacy.
A tocy, pytam, tocy też żyli?
No jak to, tocy żyli też.
No to rzeczywiście kapitalnie, ale ja mam pytanie. A tacy, tacy, tacy, tacy, tacy, i tocy, stanęli oni murem z nami do obrony Polski w 1772? I bili się, bili, bili, bili, aż Polskę razem wyzwolili? Bo o ile ja robię rachunek, to impaktowi walącego się przez parę wieków tamtego państwa polskiego i tak przeciwstawiały się przede wszystkim etniczne barki polskie.
Wyobraźmy, że od tego momentu w Polsce wszystkie nowonarodzone dzieci etnicznie polskie będą przez następne dwa, trzy pokolenia podmieniane przez dzieci kuszyckie czy tamilskie. I co, za 100-150 lat będą ci Polacy dalej tańczyć przytupując lubnie duszą krakowiaka? Zaśpiewywać drygnie po kurpiowsku? Dajcie spok... hop-siupać jak „Mazowsze”?... dajcie spokój, bo mi boki koszuli pękną od śmiechu.
Folklor to nasze pierwiastki narodowe, podmień pierwiastki i całą narodową tablicę Mendelejewa szlag trafia. Nie daj Opatrzność, żeby ku temu co stało się w Ameryce, szło docelowo i w Polsce: 45% (tendencja rosnąca) dzieciaków z innych tabunów etnicznych w polskich ławkach szkolnych, czy na elitarnych uczelniach proporcje etniczne enkawudowskie. Kto wie, czy w masie, w głosowaniach lub ich ignorowaniu, Polacy wytrzymają nadchodzące krytyczne dziesiątki lat, w których lepszy, cwańszy marksizm jankeski będzie jeszcze miał siłę paraliżująco-sprawczą, zdolność manipulowania najbardziej miękkim elementem naszej europejskiej tożsamości: naszym popkatolickim – zwłaszcza gdy idzie o stosunek do outgrup – systemem etycznym, naszą eurską indywidualistyczną nadpobudliwością. Kto wie czy do tego czasu Polacy, na fali wodniejącego katolicyzmu czy zwyczajnej zapieckowej gnuśności, nie dadzą wcisnąć sobie jakiegoś odpowiednika amerykańskiego Aktu Imigracyjnego 1965, w formie np. mętnej nowelizacji jednej, drugiej czy trzeciej, aż do skutku, Układu z Schengen. Czy jeszcze bardziej kunktatorskiej odmiany tegoż. Etnicznych Polaków mam na myśli, jedynej tu realnej instancji odwoławczej.
Polska blisko stuprocentowo jednoetniczna jaką jest dziś to wygrana na loterii. Gdyby Polska dziś dalej była „wielonarodowa”, z dużym prawdopodobieństwem można by przypuścić, że za pięć wieków już by jej nad Wisłą nie było. Byłby zlepek kłócących się i rozgrywanych cynicznie przez politykę i agresywniejsze etniczne wspólnoty „mniejszości”. Ani na moment dziś i na resztę wieku nie należy tracić z oczu naporu migracyjnego, jaki „trzeci świat” wywiera i będzie jeszcze brutalniej wywierał na kraje cywilizacji europejskiej. Polacy już teraz winni myśleć bardzo krytycznie w tych kategoriach, bo kiedy milion czy więcej innoetnicznych imigrantów zacznie stwarzać krajowi problem, będzie już za późno. Ludzi w takiej ilości, zwłaszcza zmasowanych w grupy politycznego interesu etników, tak łatwo z ziemi pobytu się nie usuwa, zwłaszcza kiedy zaczęły im się rodzić na tej ziemi dzieci. Nawet kiedy europejską „Unię” diabli już wezmą, ten problem po niej pozostanie i będzie jątrzył.
Jeszcze w 1950 etniczni Eurowie stanowili 28% (chodzi o rzędy wielkości, nie odchyłki zależnie od źródła) populacji świata. Dziś jest ich 12%. Za 50 lat będzie mniej niż 10%. Populacja globu w międzyczasie skoczyła z trzech miliardów w 1950 do siedmiu miliardów w 2012. Populacja Europy wzrosła z 600 milionów do 740 (przy intensywnej imigracji). Reszta jest prostym wnioskowaniem.
Ale to nie w „Europa wymiera!” trzeba widzieć pierwszy problem. Europa, niezależnie od agresji memetycznie przezbrojonego marksizmu na jej kulturę i obyczaje, może, poza wszystkim innym, sama z siebie „chcieć” populacyjnie przybastować, i to jej dobre prawo. Clue nie w wahaniach eurskiej dzietności, a w tym, że świat w innych regionach i wariantach biologicznych rozmnaża się jak króliki. W niektórych wypadkach jak sąsiad dzieciorób na pensyjce mniej niż skromnej. Higiena, medycyna, know-how, międzynarodowa pomoc... ta nowa, lepsza, przyzwoita wreszcie międzynarodowa pomoc, ta moralność wreszcie pierwszego świata względem trzeciego, prawda?
Oj prawda. Jedne etniczne eurskie organizacje posyłają rurociągi, maszyny, komputery, szpitale, zapraszają na uniwersytety; inne dalej buszują po lokalnych surowcach, buzującym rynku broni, niewybrednym rynku zbytu, dużo tańszym rynku niskokwalifikowanej pracy... Zawsze gdzie będzie systematyczna różnica na niekorzyść jednej strony w potencjale intelektualnym, organizacyjnym, zasadniczych uwarunkowaniach behawioralnych, zawsze będzie miała miejsce międzynarodowa niesprawiedliwość. Taka jest natura człowieka politycznego tj. politycznego bandyty, w najlepszym wypadku politycznej glisty. Poziom życia etnicznych Eurów z natury rzeczy będzie dalej przecież się wyśrubowywał, uciekał do przodu, o ile nie dojdzie do gruntownego genetycznego wymieszania. Są kraje i populacje w świecie, które u siebie rajów technologicznych na poziomie eurskim czy wschodnio-azjatyckim samoistnie nie wytworzą. A jak będą im takie pokazane/wdrożone, autonomicznie ich nie podtrzymają, nie mówiąc o utrzymaniu konkurencyjnego tempa rozwoju, nie bądźmy bajarzami. Favela anybody?
Będą się pchać.
Zwiększy się problem, jaki mamy już naturalnie ze swoimi. W 1930 ukazało się dzieło znakomitego syna hiszpańskiego José Ortegi y Gasseta Bunt mas, z tezą, iż rozwijająca się nowoczesna cywilizacja demokratyczna to w zasadzie samozatruwająca się kombinacja. Ortedze przede wszystkim chodziło o cywilizację europejską, tzw. Zachód – i bardzo dobrze, bo pierwsza rzecz wiedzieć co w domu. W Buncie mas Ortega uświadamia myślącemu człowiekowi z charakterem człowieka masowego, który traktuje cywilizację jako zwyczajnie produkt Natury. Cywilizacja wyrosła mu jak grzyby po deszczu, człowiek masowy uważa, akurat na sobotnie grzybobranie w Puszczy Kampinoskiej, i on ma teraz tylko zrywać i wtranżalać. Na myśl mu nie przyjdzie, kręci głową Ortega, że jak ojciec czasami frykającemu młokosowi tłumaczy, że na życie to trzeba zarobić, nikt tobie za darmo jak wyjdziesz z domu nie da, tak wysiłki i poświęcenie szczególnych jednostek umożliwiły doprowadzenie świata do jego obecnej postaci w tym co jest dobre, pomysłowe, zorganizowane, ułatwiające życie i je wzbogacające. Na cywilizację trzeba się napracować – i uszanować, jak ciężko zarobiony chleb. Ale „masowy” zrywa i konsumuje, jak niedźwiedź jagody, i z jakim jeszcze mlaskaniem, w przerwach między jednym kęsem a drugim roszcząc sobie prawo do posiadania zdania na każdy przesuwający się przed czubkiem nosa temat. Mało tego, oczekuje czy wręcz domaga się, jak już przełknie i czegoś z bąbelkami popije, żeby jego pospolitość myśli i odruchów stała się uniwersalnym prawem. I praktycznie jest, rynkowym, gazetowym, radiowym, filmowym, wydawniczym, telewizyjnym, no i oczywiście wyborczym. Jak długo my tego „masowego” możemy tak ciągnąć, zastanawia się w samozachowawczym odruchu kulturowej i politycznej irytacji Ortega. I uważa, że gdzieś tu jest poważny rozziew i tak operując, możemy w konsekwencji pęknąć w kroku.
Podobnym przeczuciem kierował się 38 lat poźniej Garrett Hardin z Kalifornii w jego słynnym eseju Tragedia wspólnego pastwiska. Esej, który nieźle wstrząsnął myśleniem inteligentnej Ameryki z charakterem, i myślącego męsko Zachodu, ma niecałe 7000 słów, 20 stron (z przypisami), ale nawet i to można sprowadzić do prostego obrazka: Jest wspólna własność gminna w postaci pastwiska i jest grupa mieszkańców, posiadaczy owiec, o różnej zdolności przewidywania i uwarunkowania sumieniem, w grupach ludzkich rzecz naturalna. Ci lepiej uświadamiający skutki nadmiernego używania pastwiska i sumienniejsi będą starali się utrzymywać ograniczoną ilość owiec i wypasać umiarkowanie; ci z mniejszą zdolnością przewidywania i mniej sumienni, będą powiększali pogłowie i wypasali jak najwięcej. W rezultacie, dobro wspólne ulegnie zniszczeniu.
A teraz wracamy do poprzedniego. Massmedia propagandowo nam dziś histeryzują (skąd toto się bierze, już wiemy?), że społeczeństwa zachodnie starzeją się, dzietność spada, ludzie są mniej skłonni zakładać rodziny a jeśli już, to mają mniej niż dwójkę średnio. I że wkrótce zabraknie młodych, żeby dla starych na emerytury i renty tyrać. W związku z tym trzeba dziesiątkami, gdzie tam, lepiej jeszcze setkami milionów trzeci świat do Europy i do krajów z korzenia europejskiego, Australii, Nowej Zelandii, USA, Kanady, ściągać. Czy my komunalnie jesteśmy już takimi idiotami, żeby się na tę cienką propagandę złapać? I powtórzę: Czy my komunalnie jesteśmy już takimi kiepami, żeby ten kwaśny dym dać sobie w oczy zapuszczać?! I odpowiem: Niestety, przeciętnie chyba jesteśmy, bo nikt jeszcze etnicznych Europejczyków jako grupy nie zdołał przekonać, żeby pognała ten podniebny idiotyzm jak warszawski gimnazjalista z ostrołęckim piekarzem w 1920 Ruskich.
Zamiast nie spać po nocach dręcząc się z czego będziemy płacić starszym Europejczykom emerytury – jakby Europejczyk nie miał geniuszu technologicznego odpowiedzialnego za 98 czy coś procent kluczowych wynalazków ostatnich 200 lat, i nie mógł w razie potrzeby tego i owego sobie ułatwić – zamiast jałowo samostraszyć się widmem bezdomnego europejskiego emeryta, zajrzyjmy znowu do eseju Hardina, rozdziału pod kapitalnym tytułem „Sumienie się samoeliminuje”. Mówi w nim, że w sytuacji dobra wspólnego jak np. pula pomocy społecznej, odwołanie się do sumienia członków grupy aby rozsądnie z niej korzystali kontrolując przyrost naturalny, doprowadza do tego, że bardziej sumienni będą starali się temu oczekiwaniu sprostać, mniej sumienni będą je w różnym stopniu ignorować. W rezultacie, wskutek wyższego przyrostu naturalnego ignorujących, sumienie „lepsze” będzie wypierane z zasobu genetycznego przez sumienie „gorsze”. A teraz zdejmijmy cudzysłowy: W rezultacie, przez wyższy przyrost naturalny ignorujących, sumienie lepsze będzie wypierane z puli genetycznej przez sumienie gorsze. Tego chcemy?
Będą się pchać.
Pewne szczególne etniczne środowiska mogą na tych przepychankach skorzystać – ale nie etniczni Polacy. Z powodu dwóch-trzech procent tradycyjnie udających się asymilacji nie dawajcie wciskać sobie kontrintuitywnej ideologii 100 procent, robić z kraju „imperialnej” gąbki. Z powodu wielkiego żołnierza Polaka majora Władysława Raginisa nie będziemy chyba zapraszali do Polski całego znakomitego narodu łotewskiego? – choć wpływa to niewątpliwie na nasz do niego szacunek. Wysokointeligenty naród łotewski sam przecież nie chciałby na cudze/polskie grzędy się przenosić i – jeśli nie zahaczany przez przerośniętych sąsiedzkich bydlaków, a sam potrafiący utrzymać w ryzach piątą kolumnę (etniczność, kuzyni Łotysze, etniczność!) – na własnym z zapałem i świetnie sobie poradzi.
Dlatego nie pozwalajcie na obrażanie zdrowego rozsądku, na negowanie tego co oczy przecież widzą, na bałakanie, że to „gospodarze muszą nad sobą popracować”, kiedy ćwierć miliona czy choćby 30 tysięcy asymilantów z drugiego końca globu nie przyjmuje się. Nie zgadzajcie się by z podatków etnicznego gospodarza, od tysiąca i więcej lat mozolnie urządzającego się i okrutnie często krwawo broniącego swego skrawka ziemi, były fundowane kosztowne „programy” na rzecz nieproporcjonalnie i nieracjonalnie licznych etnicznych immersantów. Nie akceptujcie „dawania szansy” innoprzybyszom na uczelniach, kiedy swoich z miejsc im merytorycznie przynależnych trzeba odsuwać. Nie mówiąc już o rynku prostej, niskokwalifikowanej pracy, której nigdy za dużo dla swoich, a z wybuchowym rozwojem technologii coraz szybciej coraz mniej. Nie bądźcie Polacy etniczni frajerzy, postawcie się – wygracie jak mało kto.
Nie ma dziś szans, żeby przy dziadowskim państwie, spenetrowanej przez wrogie agencje zewnętrzne i wewnętrzne gospodarce i kulturze, marnej kohezji narodowej samych Polaków, Polska mogła wprowadzić broń palną (w sensie XXI-wiecznym) do jej systemu życiowego. Uzyskać bardzo przyjemny status państwa nuklearnego. Nie ma dziś na to szansy. A dobrze by było, bo i od wschodu, i od zachodu, będzie jeszcze geopolitycznie grubo. Rosja będzie tracić na znaczeniu i sukcesywnie upokarzana przez Chiny, będzie szajbusować i tym bardziej wypinać gułę w kierunku zachodniej „bliskiej” zagranicy, a obłudnie przekupczo przycmokiwać się do „dalszej”. Niemcy zakończą wiek XXI jako Większa Germania. Większa Germania to zawsze Germania, nie Stany Zjednoczone Jeffersona, germanofiluty.
Dlatego trzeba być skurczybykiem. Trzeba wykorzystać Arsenał. Arsenał jest do wzięcia. Jest to broń równie niebezpieczna co broń nuklearna. Niebezpieczna także dla nią dysponującego, jeśli zarządzana nieudolnie lub w nieodpowiednich rękach, jak poświadcza historia. Opiera się jej konstrukcja na niezwykłej energii, która, jeśli wyzwolona, może sprawić, że kraj i naród będą mogli być skutecznie niedobrzy – dla tych, którym to się przyda. Ten Arsenał to etniczność polska. Trzeba tę energię wyzwolić ile tylko się da. Trzeba jej nadać skuteczny, w tym skutecznie kontrolowany kształt – gdyż z energii międzyludzkich jest najpotężniejsza. A ponieważ taka jest, łatwo o wypadek. Szkopcji lat 1933-45 wywaliło w japiszona jak dynamit w gałki Maxa konfesjonalisty, szkoda tylko że innym przy tym poszło po torsach. Nadać tej potężnej energii formę, zamknąć ją w efektywnej siłowni, tego nie potrafi wyłącznie polityka, ani myśl polityczna. To może zrobić tylko długi marsz polskiej kultury przez formy umysłu i uczuć etnicznych Polaków. Jeśli to się uda, jeśli to się zrobi, wtedy tych co trzeba będzie wobec Polski i Polaków trzymał w ryzach Boży strach. Przyjemnie będzie popatrzeć.
French team
Wykopać rasizm ze stadionów? Raczej wkopać, jak piłkę do gry. Macie rację, chłopaki, gdy oczekujecie by reprezentowali was wasi, ziomale. Bo tak wam się podoba. Tak ma być grane. I tak będzie grane, jeśli zechcecie.
To surowa młoda męskość – jak opisywanych „kozłów” z West Pointu – jest motorem polskiego fenomenu u progu nowego wieku: patriotyzmu „kibolskiego”. Młodzi mężczyźni etniczni Polacy nie zgadzają się wpasowywać w role złamanych pokonanych, w dwa wieki dennej historii. Dumna młoda męskość jest paliwem, na którym ten ruch jedzie. Za burzącymi się polskimi kibicami stoi Natura, bez której zgody żadna kultura, i żadna „jedynie prawdziwa” religia, długo nie pociągną. Męskość jest starsza niż Ameryka, starsza niż Europa, starsza niż Zeus, starsza niż Odin, starsza niż Swarożyc. Starsza niż cieśla Jezus – dobrze uświadomić polskim kościelnym karmazynom, którzy w tłustych podskokach podpisali 17.VIII.2012 papier z rusko-kagebowską modlitewną korporacją genusu „Trast”. Kościół to nie tylko „wierni”, jak owcom z pastwiska czasem się zwiduje, zwłaszcza kiedy samopocieszają się po dezercji z pola walki o prawdę ich „pasterzy”. Kościół to w istotnie równym stopniu hierarchia, hierarchia albo śmierć – w tym dla owiec.
Dokładnie jak my dziś mamy w etnicznym narodzie polskim po amputacji dużej części jego naturalnej „hierarchii”. Po metodycznym wycięciu polskich warstw przywódczych przez Niemca i Ruskiego, i dobiciu przez agresywnego niezasymilowanego Żyda. Nie chodzi tylko o tych co dostali kulę, sznur czy odeszli na piwnicznym betonie. Chodzi również o głębokie nadcięcie biologicznych ciągów polskich warstw kierujących – gdyż inteligencja człowieka (sumienie patrz G. Hardin) w zakresie mającym wpływ na status wspólnoty, podlega prawu dziedziczenia. Nie po to ewolucja tyrała, żeby oddać coś tak cennego zupełnemu przypadkowi.
W tej sytuacji cywilna – tj. konstant życia niskopolitycznego, codziennego –  drapieżność młodych mężczyzn etnicznych Polaków u progu nowego stulecia jest swoistą szansą na nadrobienie skutków amputacji „hierarchicznej” warstwy etnicznego narodu polskiego. Choć większość z nich, stadionowo i okołonarodowo organizujących się młodych „alfowców”, zapewne tego tak wprost nie widzi. Tymczasem ich falująca w poszukiwaniu wyrazu energia jest w części organicznie, spontanicznie wytwarzanym substytutem naszej narodowej głowy. Wzmaga ona przez swoją instynktową naddrapieżność moc przebicia – i bycia – podciętego intelektualnie i duchowo narodu. W energicznych masowych odruchach organizującej się męskiej młodzieży, tak histerycznie przez przeciwnika skopywanej etymologicznie w „faszyzm”, „nazizm”, w obrzydliwe (kontekstowy negatywny ładunek emocjonalny jest tu nadzwyczajny) „kibolstwo”, przebija racja polskiego stanu etnicznego. Kto zrozumiał fenomen Radia Maryja, temu nietrudno dojrzeć co faktycznie kręci współczesnym polskim ruchem kibicowskim i odpowiada za jego ewolucję od niewyszukanego awanturnictwa do rzutkiego drapieżnego patriotyzmu. Ziarnem i miąższem w obu wypadkach jest etniczna Polska.
Mnie łatwo było poznać się na przebudzeniu maryjnym, kiedy na przełomie lat 90. ta wspólnota zaczęła wynikać z polskiej zdezorientowanej masy, a od grudnia 1991 komunikować się przez powszechny program radiowy. Puls tej żywej cząstki próbującego zebrać się do kupy narodu, rozbabranego jak wronie gniazdo przez dzikiego zwierza, czułem jak własny. Byłem już po szeregu doświadczeń religijnej Ameryki, a te z kolei prowadziły mnie często do wrzeń religijnych na Wyspach Brytyjskich w XIX w., kiedy rewolucja przemysłowa wyrywała jak pęczki warzyw mieszkańców brytyjskiej prowincji, przerzucając ich do industralizujących się wybuchowo miast i przewracając w ten sposób warzywkowiczom ich uklepany od stuleci duchowy system glebowy. Nowe sekty i denominacje wybijały z kolektywnych głębi jak osocze. Ludzie potrzebowali czegoś żywotniej motywującego niż paciorek obowiązków dnia. Wiara, jak u napadniętego szabla nad kominkiem, zeszła ze ścian, i ołtarzy, i znowu poszła w ruch. Na bazie protestanckiego indywidualizmu co i rusz w tym hrabstwie lub innym wytryskała nowa chrześcijańska know-how. Półtora wieku później spotykałem te pomysły uplemiennione już w sekty na wysokich równinach Ameryki. Ich geneza w industralizującej się Anglii, destruującej ustalony wielowiekowy porządek życia, lepiej objaśniała niepokój religijny pokomunistycznej Polski, niż pozytywizujące przebudzenia religijne Ameryki XVIII i XIX wieku. W wyniku podobnej sytuacji ezgystencjalnego niepokoju i my dziś w postsocjalistycznej, neokapitalistycznej Polsce mamy wyrzuty przeróżnych kultów i sekt. Najazdy, szarże i podchody łowców z orientu i łowców z okcydentu na dusze polskie. Ale i tak wszystkich ich pobiło i bije na głowę polskie, polańskie, lachowe Radio Maryja.


Bo Radio Maryja to etniczna Polska. To jest w esencji naród polski etniczny, który instynktownie, zawierzając uniwersalnemu narzędziu adaptacyjnemu ludzkiej natury, wierze, szuka jedności, odrodzenia, przetrwania. W naszym dość szczęśliwym polskim przypadku, w chrześcijaństwie katolickim. Maryja, Matka Boża, to uniwersalna dawczyni życia. W tym Polsce, Polakom. W tym dziś.
Radio Maryja jest poczciwe, poza byciem uczciwym, w tym po katolicku poczciwe, więc nie uświadamia sobie specjalnie a jeśli już, to tego głośno nie powie (doktryna), że kiedy tak wychodziło z roztrząsanej na wywrót Polski, to był to w podłożu właśnie polski naród etniczny, który w oparciu o swoją naturalnie szczególną religijno-świecką tradycję chciał godnie żyć i godnego życia bronić. Radio Maryja tego nie powie, no to ja mówię. Bo to fakt.
Podobnie stadionowy – i nie tylko – burzliwy ruch młodych mężczyzn dziś w Polsce jest wyrazem polskiego protoosadzenia etnicznego. Tu trzeba szukać najgłębszych motywacji ruchu kibicowskiego w wydaniu polskim. W „Cześć i Chwała Bohaterom!”, gwałtownych duetach młodych męskich strun głosowych z bębnami przeponowymi, ucho polskie może wysłyszeć mężne chorały „Bogurodzicy”. Dlatego podobnie jak lud religijny Radia Maryja, kibice organizujący się i instynktownie szukający twardego patriotycznego wyrazu dla swojej młododumnej energii, spotykają się z tak żarliwą nienawiścią biologicznych przeciwników Polski, jej wrogów. Gramsciańsko opakowaną nienawiścią biologicznego konkurenta do polskiej ziemi, i jej chleba. Ten prawidłowo odbiera, że Radio Maryja i organizujący się „kibole” w ich najgłębszej, jakkolwiek nieuświadomionej powszechnie motywacji – to ruchy  etniczne. Ten wie najlepiej. Tego spytajcie, zamiast mącić w głowach podnoszącym się milionami już polskim „kibolom”, że to „patriotyzm”, „czysty patriotyzm”. Ignorowanie przez polskich liderów faktycznego źródła mocy owych ruchów, zwłaszcza tchórzliwość i pospolitość intelektualna w tym względzie kierowników tzw. narodowych, jest i będzie degenerującą głupotą polityczną. Młodzi kibice etniczni Polacy są nienawidzeni jako organizujący się etniczni Polacy, i przez to właśnie są tak ważni dla Polski, gdyż ich energia i zorganizowanie na bazie realnej biologii mogą faktycznie przechylić szalę. Powodowani pierwotnym, niespętanym jeszcze instynktem, zachowują się jak etniczny naród polski powinien się zachowywać w nadciągającej przyszłości.


A z tą przyszłością mają wiele wspólnego i w tym, że wskutek wyniszczenia przeszłego plus bieżącej pokomunistycznej degrengolady polskich naturalnych warstw przywódczych, to właśnie on, surowy młody męski polski naród etniczny, będzie cyklicznie wzbierał i szukał naprowadzającego wyrazu. Stoi w boksach i kopie w grudę nowy kształt dla polskiej energii, już nie w prostej linii kontynuacja polskich kanonicznych „zrywów”. Jak Podróżnik, który nie wiedząc gdzie posuwać się dalej, puszcza wodze i daje koniowi odnaleźć drogę – ten numer odstawia dziś kręcona życiem Polska. Przypomina mi się taka historia. Kiedy mieszkałem jeszcze w Nowym Jorku i rozpoczęła się zaciema okrągłostołowa w kraju, zadzwoniłem do Pawła Gruszeckiego w Warszawie, żeby go poprzeć.
– Dzień dobry panu – powiedziałem do słuchawki w East Village, kiedy on podniósł słuchawkę na Ursynowie. – Tu Stasz, z Nowego Jorku.
– ...adzieńdobrypanu – odpowiedział Gruszecki wtedy na Ursynowie w Warszawie, ciurkiem, bo mówił szybko.
Już trochę zapomniałem jak szybko Gruszecki mówi. Ostatni raz rozmawiałem z nim, też przez telefon, z Okęcia, pół godziny przed odlotem na Zachód, w listopadzie 1981. Był ostatnim z Polaków, z którym rozmawiałem jeszcze na ziemi polskiej. Odruch, znaczące.
Gruszecki był właściwie jedynym pisarzem drugiego obiegu, którego akceptowałem bez większych ansów. Byli w tym obiegu i inni komunistycznie nieumoczeni, choć nie tak znowu wielu, ale z tych większość za długo kręciła się w tzw. środowisku, żeby nie mieć pocerowanych cnót. Środowisko dla intelektualisty to jak bar dla żonatego kierowcy ciężarówki w trasie, w końcu cię kompromis skosi, choćbyś nie wiem jaki był twardy.
Gruszecki był zdolnym publicystą, co nie jest rzadkie w populacjach, ale dodatkowo miał jako publicysta charakter, co prawie się nie zdarza. Tu znowu wracamy do sprawy elit. Gdyż jak nie zastanawiać się nad faktem, że związek Solidarność potrafił spuchnąć do prawie 10 milionów w dosłownie kilka tygodni po Sierpniu 1980, ale od strajków Czerwca 1976 do Sierpnia 1980, intelektualistów, którzy Sierpień intelektualnie by przygotowali (gdzieś on przecież pod powierzchnią PRL się kisił; ja go w każdym razie czułem), można było na palcach kilkunastu rąk policzyć. Faktycznie, nie więcej niż sto liczących się nazwisk znalazłoby się w ponad 36-milionowym narodzie.
Jeden powód to, oczywiście, wyrąb polskich elit. Niemniej dużo inaczej nie było w komunistycznej Czechosłowacji, na Węgrzech, w Rumunii, Bułgarii, Jugosławii, na Ukrainie, Litwie, Białorusi, Łotwie. Choć nie straciły te kraje inteligencji w aż tak wielkiej proporcji, jednak do przełomowego roku 1989 od intelektualistów z charakterem i u nich się nie przelewało, jak wiemy.
Nie przelewało bo generalnie, jak od stu lat mówię, jajogłowi to tchórze. O ile w ruchawkach na podłożu narodowym, wojnach sangwinicznych z sąsiadami, mobilizowanie się idzie im niespecjalnie gorzej niż murarzom, tokarzom, spawaczom, elektrykom, górnikom czy gospodarzom, o tyle w zwalczaniu okopanej politycznie, ekonomicznie i zbrojnie ideologii, do czego Natura, sama zaskoczona, od kilku pokoleń usiłuje ich na gwałt przystosować, i co wymaga znacznie bardziej indywidualnej i samotnej akcji, dają oni jak dotąd cykoryczną plamę.
To trzeba będzie w przyszłości rozwiązać. W perspektywie tysiącleci Natura będzie kombinowała ze zmianami w podkładzie genetycznym elit, to mur. Ale my musimy coś robić także w perpektywie bliższej, setek i dziesiątków lat, inaczej może nie być czego za millenia ratować. Trzeba będzie – dla mnie w każdym razie tak się to odsłania – budować społecznie przyjazny, wzorcowy dla formowanych nowych pokoleń, obraz człowieka wyjątkowo obdarzonego intelektualnie i przy tym oczywiście odważnego, ale i jednocześnie zapobiegliwego materialnie już we wczesnej dojrzałości. Potrafiącego i to nie z suchym zacięciem, „zaciśniętymi zębami”, tylko z pewną pozytywną pasją płynącą z natury osoby, rozwinąć niedużej skali biznes, usługowy czy wytwórczy, dający mu ekonomiczną niezależność. Inny genotyp, twardo mówiąc. Oczywiście, w sytuacji wspieranego państwową przemocą kulturowego totalitaryzmu takiego podskakiewicza też można utrącić, ale już nie tak łatwo. Zwłaszcza jeśli to nie będzie jeden.
To raz. Będzie też potrzebna i druga ważna rzecz. Normalność. Zwłaszcza w odniesieniu do naszych tzw. artystów. Po objechaniu tyle świata i życia, widzę jasno, że im prawdziwszy artysta tym bardziej powinien być normalny, przynajmniej się starać. Znać proporcje rzeczy, wszyscy je znać mamy. Do lamusa z reżymami, w których ponieważ ktoś gdzieś odpacykował kawałek niespotykanego światłocienia czy rozkojarzył nietypowo semantykę języka, to mamy mieć wstrząs ogólnoświatowy jakby oś Ziemi przesunęła się o dwa stopnie. Bić pokłony przed duchem. Taki to „duch”, proszę ja was, jak z garści dzikich poziomek obiad.
Dlatego jeśli o dziś i napływające jutro idzie, nie liczcie za bardzo młode polskie szczawie z nadziejami na autentyczny – nie ma autentycznego ja bez autentycznego my – los, że środowiska intelektualne, nawet etnicznie polskie, nawet w ich dzisiejszym średniopokoleniowym, nawet w najmłodszopokoleniowym wydaniu, tak dużo dla głównej sprawy zrobią. Bo nie zrobią. Tradycyjnie rozumiani jajogłowi to z natury tchórze, bo najczęściej nie mają drugiego niezależnego fachu w ręku i kontrolując ich środowiska ekonomiczne, kontroluje się ich „myślenie”. Zaś w naszym eurskim jankesko-marksistowskim czasie i do tego w upokarzająco chędożonym pobolszewickim kraju, ci jajogłowi to tchórze do kwadratu. Na konto odkręcenia skutków tego tchórzostwa może się z czasem samopowołać – to wisi w powietrzu, ale jeśli zmaterializuje się, to za jakiś czas – naturalna Drużyna polska. Intelektualna, artystyczna, etniczna. Odważniejsza niż groza piekła i równie piekielnie drapieżna. Której mowa będzie: Nie pytajcie co z innymi, co z obszarem geograficznym kraju. Róbcie naród tylko z tych, którzy staną z wami. Żadnego wyciągania tonących za ich brzytwy. Walczcie razem, żyjcie razem i cieszcie się wśród swoich. Mieszkajcie razem, bierzcie swoich w rodziny, rekomendujcie własnych. Pracujcie ze swoimi i swoich do pracy bierzcie. Nawet z małą stratą, w ogólnym rachunku opłaci się. Swój to nie tylko doraźny zysk, to także jego rodzina, charakter, przyszłość. Za innych nie żyjcie, to już nie ten świat. Jak i nie umierajcie, bo to też już umarły świat. Bierzcie tylko tych, którzy chcą. A potem podnieście most.
Z Pawłem Gruszeckim stało się w końcu tak. Nie zmógł go Gierek. Nie zmógł Jaruzelski. Na ukąszenia i przestrach stalinizmu był za młody. Ale zmogła go marchewkowymi wyziewami III RP, czyli chłam, zdrajca i piąta kolumna (złodzieja dobra narodowego podciągam pod zdrajcę). Stał się i intelektualista Paweł Gruszecki "żonatym kierowcą ciężarówki w trasie". W końcu „familia”, z której widowiskowo przez trzy czwarte  życia się natrząsał, wzięła go do wspólnego łoża i „było im odtąd dobrze”. Gdyż Paweł Gruszecki, widzicie, to była, jeśli o polską historyczną inteligencję idzie, istotnie pierwsza liga intelektualna – ale w tej pierwszej lidze jej trzecia dziesiątka. Pierwsza i druga dziesiątka będąc biologicznie przetrzebione, na pierwszoplanowe wakanty Natura gorączkowo przerzucała tych z trzeciej. Gdzie dużo większe wiatry wieją – mówimy o, w skali świata, 50 milionowym etnicznym narodzie. Gdzie dużo większe porcje kolektywnej heroiny krążą. Za słabe okazują się charaktery. Głowy. Nogi.
Dlatego dziś, młode polskie szczawie z nadziejami na własny los, tym bardziej trzeba umacniać fundament: etniczność. Utrzymywać etniczny stan polski. W świecie jaki wkrótce powszechnie wejdzie w cykl – i będzie  żarł długo – w stopniu niewiele mniejszym niż straże graniczne i urzędy paszportowe, funkcje granic będą pełnić kultura i obyczajowość państwa narodowego. Względna łatwość przemieszczania się fizycznego i paszportowego wokół globu, migracje pracownicze w biznesach ponadnarodowych etc. – w takim rozkinetyzowanym świecie nastawienie obywateli jako jednostek i jako wspólnoty do obcych będzie niezbędną skórą, płotem i grodzkim wałem państwa narodowego. Owszem, wobec „innego”, „obcego”, cywilizowana uprzejmość – ale twardo warunkowana. Polacy muszą takimi się stać w znaczącej części, by uchronić bezcenną etniczną jednorodność. By w przyszłości istnieć w pełni rozwijając dar swojej tożsamości. Wzmożona identyfikacja grupowa i nastawienie tożsamościowe wspólnoty, tak gorączkowo dziś stygmatyzowane jako „ksenofobia”, „dyskryminacja”, „nietolerancja” i co tam jeszcze na dnie piekielnej beczki, przybierać będą na powszechnej popularności. Ludzie będą czuli się z nimi dobrze, coraz lepiej. Natura, która potrafi spuścić największych nawet religijnych proroków, i Bogów, jeśli jej nie podchodzą, to przesunięcie akcentów w ich wspólnotowych duszach entuzjastycznie poprze. Ja tu nie wznoszę modłów o pogodę; ja fakt zapowiadam.
W ostatnich dekadach świat zachodni jak długi i szeroki stał się obiektem intensywnego stygmatyzowania tożsamościowych postaw narodowych. Ale nawet i w tym wariancie agresji międzynarodowej, Polska z jej miejscowym narodem etnicznym jest poddawana szczególnie złośliwej i piekącej indoktrynacji. Dlatego należy ostro atakować, podkreślę, atakować dławienie polskiego instynktu wspólnotowego, który w trudnym czasie – a znamy ostatnio inny? – jest niezbędnym doradcą w wyborze korzystnych sposobów narodowych. Ostro reagować na wciskanie mułu multikulturowego w sensownie ułożone przez Naturę nadwiślańskie głowy. Prać świecki kult „wielokulturowości” a w realnym nazewnictwie wieloetniczności, z jego dogmatami „równości kultur”, „wielokulturowości czyniącej nas silniejszymi” i tym podobnym socbajkopisarstwem. Odmawiać wiz marksizmowi jankeskiemu, produktowi wysoko zmanipulowanego współczesnego mainstreamu amerykańskiego. Nie przechodzić do porządku dziennego nad „humanizmem” co nosi dwie czapki (etniczna Polska – faszys; etniczny Izrael – cutmiut!), kiedy wystarczy po świecie popodróżować z otwartymi oczami, podotykać go zmysłem, poukładać rozumem, posłuchać coraz donośniejszego w tego typu solo podróżach głosu instynktu, by nabrać przekonania, że tak naprawdę, między nami Flinstonami, nie chodzi tu o żadną wydepilowaną „wielokulturowość”, żadną paruzyjną „równość kultur”, tylko o tę samą etniczną napierniczankę toczoną od neolitu, tyle że przeniesioną obecnie na elegancki teren kultury – przynajmniej do czasu. Innymi słowy, chodzi o największy zabobon drugiej połowy XX wieku i intelektualną robotę odkrywkową na cały pewnie wiek XXI: egalitaryzm etniczny. Komunizm etniczny, po prostu.
Od pół wieku – kompromitację taktyczną senatora Josepha McCarthy’ego (1908-1957) i załamanie się ostatniego powszechnego odruchu obrony eurskich Amerykanów przed marksizmem jankeskim można tu przyjąć za cezurę – od pół wieku idzie potężny kompleksowy atak na etniczną Europejskość, a w nim ostra szpica nakierowana wieloplanowo i precyzyjnie na jej męskość. Na eurskiego mężczyznę dosłownie. Jest wojna na kulturę, na cywilizację, na biologię etnicznego Europejczyka przez zmasowany atak na jego podstawowego obrońcę, hardego eurskiego mężczyznę. Eurscy jajogłowi, nasza „naturalna hierarchia”, nie potrafią się temu efektywnie przeciwstawić, z powodów jak wyżej. Młodzi „alfowcy” etniczni Polacy instynktownie to czują i to jest jeden z naturalnych odruchów składających się na ich burzenie się, które na podobną skalę dopiero zacznie się w obiegu ogólnoeurskim. Młodzi polscy mężczyźni ze swoją naturalną „Bogurodzicą” – „Cześć i Chwała Bohaterom!” – są częścią większej eurskiej męskiej mobilizacji, w Europie i na innych kontynentach. Są jednymi z przecierających nowy szlak. Ważne, żeby nie dali tego sobie zgasić, w tym nowowysuwającym się tzw. kierownikom narodowym strachającym się przed odczytaniem rzeczywistych źródeł ich potężnych odruchów.
I tak dochodzimy do pytania za milion złotych przedwojennych:
A kto to jest ten Polak etniczny?
Jak ja mam wiedzieć, czy jestem etniczny?
Czy muszę przejść test DNA?
Ryć w spisach parafialnych?
Tropić  rodzinne świadectwa do n-tego pokolenia?
Ha. Nawet to ostatnie nie jest aż tak kategorycznie potrzebne. Oto praktyczna odpowiedź: Jeśli czytając tę notkę, na przykład tę notkę, zaczynającą się od słów „Czytam w popeerelowskim tygodniku” a kończącą na „Na bok z nimi”, czujesz powinowatość z tym o czym w niej mowa, rejestrujesz sympatię do nowych polskich fenomenów wspólnotowych, jak lud religijny Radia Maryja, jak od „Bogurodzicy” chłopaki polskie, i dziewczyny... A co do dziewczyn. Nie bierze się odtąd dziewczyn na ostrą jazdę. Rozumiemy? Nawet na łączniczki. Dziewczyny mają być ochraniane. Będziecie straszni, a to też będzie potrzebne... Kiedy więc rośniesz przy spotkaniu takich słów w duchową siłę, zmasowują się w tobie rozproszone dotąd partyzanckie oddziały wspólnotowej energii, jeśli tak jest, to zachodzi, to jesteś Polak na sto procent etniczny, jesteś superetniczny, i dalej już głowy sobie tym nie zaprzątaj. Odezwało się to jest. Pierwsza najważniejsza robota: fundament. Stanąć murem przeciw nadciągającym nawałom migracyjnym, dać narodowi szansę utrzymania tych samych etnicznych proporcji, które ma dziś. To da mu okazję wyjścia na wysoką pozycję względem innych narodów europejskich (domyślmy się dlaczego), tak w sprawie utrzymania wysokiego poziomu inteligencji powszechnej, jak społecznej kohezji, kapitału społecznego i utrzymania europejskości charakteru. Kto/co będzie w tym mieszał, będzie kontratak. Tu kompromisu nie będzie.
A w tych, nie aż tak nagminnych wypadkach, kiedy Polak z innej formacji etnicznej przylega duchowo do kultury polskiej, taki Polak zrozumie, że wobec nadciągających etnicznych agresji migracyjnych skupienie się wokół etniczności polskiej będzie jedyną szansą na utrzymanie integralności kraju, i nie będzie miał z tym problemu.
A kto warzy tu własną zupkę będzie się oczywiście zaraz nabzdyczał.
Na bok z nimi.

Brak komentarzy: