Przyszedł mail z Polski

Przyszedł mail z Polski. W nagłówku: Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego prosi o rozmowę. W treści: Szanowny Panie, w ramach przedmiotu Lewica w Polsce Powojennej wykonuję referat dotyczący Pana życiorysu. Pomyślałam, że zapunktowałabym chociaż drobną rozmową z Szanownym Panem. Czy jest możliwość, abym zadała kilka pytań? 
No jest.
Zadała.
Odpowiedziałem:

W Gdańsku nikt oficjalnie nie chciał wydrukować, więc po roku zrobiłem z tego tekst z jeszcze większym kopytem  pt. W Polsce i zaproponowałem „Zapisowi”, który to z pocałowaniem ręki przyjął do nr 5. „Zapis” na siłę potrzebował wtedy nowej zdolnej krwi, bo to byli przeważnie zreformowani stalinowcy, najlepszy z nich Konwicki też był umoczony. Andrzejewski tylko w stopce figurował, nic redakcyjnie nie robił, Woroszylski mi mówił. Andrzejewski parł na Nobla, po to mu to było. Więc oni potrzebowali głośnego debiutu dla uzasadnienia racji istnienia, bo jednak mieli za uszami. Marek Nowakowski, jeden z założycieli „Zapisu” i jeden z nielicznych nieumoczonych, po latach w 2013 podkreślił: „Tadeusz Korzeniewski (...). Jedyny, który zadebiutował w podziemiu wydawniczym w Polsce po 1976 r.”. [ link: >>]
Ciekawe, że „Twórczość” w 1976 W Gdańsku odrzuciła, a w 1981 kiedy już szumiała Solidarność i W  Polsce była znana, Henryk Bereza W Gdańsku z pocałowaniem ręki bez cenzury w „Twórczości” puścił (nr 7, 1981). No bo dla nich wtedy taka „alegoryczna krytyka Solidarności” była na rękę, to był parodziesięcioletni Parnas koncesjonowany i otwarty antykomunistyczny bunt Polaków psuł im ciepłe legowisko.
Inne ciekawe: W 1976 to Julian Stryjkowski „odesłał” [odrzucił]  W Gdańsku mojemu koledze Marianowi Terleckiemu (szef Radiokomitetu za Wałęsy, ale wtedy miał 22 lata), który z nim korespondował i myślał że przekona do opublikowania. Stryjkowski był chyba wtedy zastępcą rednacza czy szefem prozy w „Twórczości”, mógł dużo, bo Iwaszkiewicz słabł. I ciekawy epilog: chyba w 1985 w Nowym Jorku dzwoni do mnie przyjezdny felo z PRL, przedstawia się jako bratanek czy siostrzeniec Stryjkowskiego i uprasza czy nie pomógłbym znaleźć wydawcy dla książek Stryjkowskiego w USA. Forsy rodzina potrzebowała, oczywiste. Ja wtedy znałem trochę starej emigracji, od Lechonia jeszcze i Wierzyńskiego, trochę wśród nich artystokracji, więc poszedł pewnie szur że coś mogę. Ale śmieszne.
Ogólnie zasada publikowania w podziemiu w latach 1976-80 była taka, że publikowało się rzeczy antykomunistyczne, dobre i niedobre, w większości niedobre. Cenzura też była, tylko bardziej w/g politycznego profilu środowisk co naturalne, a w wypadku żydowskim etniczna, tj. obrony interesów grupy tzw. „komandosów” i starych żydowskich post-stalinowców wokół nich. W „Zapisie” puściłem dwa kawałki, w nr 5 i 6, a potem i tam mnie ocenzurowano, bo zrobiłem wywiad z dziennikarzem szwajcarskim i on powiedział, że za bardzo Michnika w zachodniej prasie się pompuje, a przecież on na własne oczy widzi że w PRL jest wielu innych dzielnych buntowników. I tego Woroszylski i inni z tej paczki nie puścili. Kazimierz Brandys wprost napisał (Woroszylski pokazał mi jego notkę), że on nie wierzy w istnienie tego dziennikarza. A przecież to było nagrane, tłumaczone z francuskiego. Po tym zrezygnowałem z publikacji w „Zapisie” i ze stypendium 2 tys. zł. miesięcznie, bo mi „Zapis” po publikacji W Polsce takie wypłacał. Trzeba przyznać, że Piotr Wierzbicki i Kazimierz Orłoś byli za tym żeby ten wywiad puścić, bo ich też o opinię pytano.
Były też inne przypadki cenzury, np. w NOWej zwlekano z publikacją W Polsce (przypomnę: nagroda Kościelskich 1984) przez blisko rok, od złożenia we wrześniu 1980 do drugiej połowy 1981, a przecież ja byłem także drukarzem NOWej, włącznie z aresztowaniem. Aż się pokłóciłem na zawsze o to z Michnikiem, bo on tym wszystkim przecież trząsł. Jak Marek Nowakowski dał się z powrotem przeciągnąć wysokiemu komuchowi Wasilewskiemu do publikowania w PiWie (to było o ile pamiętam za cenę że MN wycofa swoje nazwisko ze stopki „Zapisu”), to „Warszawa” oniemiała kompletnie jak to ocenić, jak zachowywać się wobec MN odtąd. Trwało to tydzień czy dwa. Totalna konfuzja, ktoś zaczynał sprawę komentować i kończył długim wielokropkiem. No i potem „Adam” zabrał głos i nie tam publicznie, po prostu prywatnie powiedział temu i temu, i już byl porządek w stadzie: „Adam powiedział, że to w porządku, Marek mógł tak zrobić”. Sam słyszałem na własne uszy. Marek Nowakowski był dalej „nasz”.
Ale książki W Polsce (bo to więcej niż oryginalne opowiadanie) Michnik nie przełknął. Umówiłem się z nim specjalnie na obiad żeby wybadać dlaczego maszynopis tyle miesięcy w NOWej leży a nie publikują. Ja byłem zdecydowany nie wyjeżdżać z Polski, dopóki W Polsce się nie ukaże (starałem się o paszport w tym czasie, systematycznie odmawiany). Michnik na tym obiedzie powiedział, że Marek Beylin był przeciwko publikacji W Polsce, ale on sam, Michnik, „jeszcze nie czytał maszynopisu” więc nie wie... „Nie czytał” a po wstępnych grzecznościach zapienił się: „zobaczysz, skończysz jak Mencwel, zobaczysz, skończysz jak Mencwel!”. Wiedział, że podświetlam w książce niezbyt polskie, plemienne zachowania jego środowiska, o to przecież w istocie szło. I idzie.
Teraz co mnie ukształtowało politycznie. Geny, ot co. Rodzina mojego ojca pochodziła z Wileńszczyzny, twardzi kresowi Polacy, coś jak pionierowie w Montanie. Imiona stryjów Mieczysław (pierworodny), Czesław, Bolesław... Ojciec był wileński AK–owiec a po walkach o Wilno w 1944 otoczony podstępnie i wzięty do niewoli do Kaługi. Nie przyodziałby się w ruski „polski” mundur, no jak. To samo jego młodszy brat Bolesław, mój chrzestny. Ten aspekt rodziny opisuję w rozdziałach „Urodziny” i „Pasieka” w Do Wyoming.
Rodzina matki – z domu Kostkiewicz – pochodzi z Wędziagoły, dawnego zaścianka na Litwie. To sienkiewiczowska Lauda. Oni nie znali II RP, przechowali polskość przez wieki od czasów I RP, kiedy ostatni raz byli narodowo wolni. Obyczaj, język, Kościół. To musiał być potężny instynkt, solidna polskość, skoro przetrwała wieki bez ochrony państwa i czujnie przesadziła korzenie do Elbląga, zamiast dogorywać i rozpływać się na Litwie dziś. Z niej jestem.
Rodowość matki i ojca mnie ukształtowała, wszystkie inne środowiska nie miały nawet kupą porównywalnego wpływu. Genetyka się liczy. Temperament narodowy, polityczny jest statystycznie pozytywnie dziedziczony. Świetnie, że mam takie geny. Szkoda, że za sporo hołoty takich nie ma i potem wybierają postkomucha Kwaśniewskiego na „prezydęta” i to dwa razy a ten rzyga im w Katyńskie Groby. „Lewica” psia ich mać. To samo z mafią polityczną „lewicy laickiej”. Przecież to nie „lewica” tylko pobolszewicka horda etniczna o przechyleniu internacjonalistycznym, ta cała „lewica laicka”. Tak jak neokonserwatyści w USA (jest mój esej „Neokonserwatyzm” w internecie) są podobną mafią teraz na „prawicy”. Będzie ta neokonserwatywna zaraza lazła niedługo do Polski, w miarę jak wpływy mafii „lewicy laickiej” będą nieuniknienie słabnąć. To następny wróg ideologiczny Polaków teraz, kiedy już „każdy wie” o politpoprawności. Swoje tu dołożyłem, 10 lat temu przetłumaczyłem niezwykle popularny esej „Jak powstała polityczna poprawność”, jest w sieci. Have a nice day. Nie wierzę żeby 100% prawdy wykładali wam na UJ wasi pensyjkobiorczy mentorzy, musicie sami.


Brak komentarzy: