Przyszedł mail z Polski

odpowiedź na email studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego


UJ
Przyszedł mail z Polski. W nagłówku: Studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego prosi o rozmowę. W treści: Szanowny Panie, w ramach przedmiotu Lewica w Polsce Powojennej wykonuję referat dotyczący Pana życiorysu. Pomyślałam, że zapunktowałabym chociaż drobną rozmową z Szanownym Panem. Czy jest możliwość, abym zadała kilka pytań?
Na  jedno z pytań odpowiedziałem:
W Gdańsku nikt oficjalnie nie chciał wydrukować, więc po roku zrobiłem z tego tekst z jeszcze większym kopytem  pt. W Polsce i zaproponowałem „Zapisowi”, który to z pocałowaniem ręki przyjął do nr 5, 1978. „Zapis” na siłę potrzebował wtedy nowej zdolnej krwi, bo to byli przeważnie zreformowani stalinowcy, najlepszy z nich Konwicki też był umoczony. Andrzejewski tylko w stopce figurował, nic redakcyjnie nie robił, Woroszylski mi mówił. Andrzejewski parł na Nobla, po to mu to było. Więc oni potrzebowali głośnego debiutu dla uzasadnienia racji istnienia, bo jednak mieli za uszami. Marek Nowakowski, jeden z założycieli „Zapisu” i jeden z nielicznych nieumoczonych, po latach w 2013 podkreślił: „Tadeusz Korzeniewski (...). Jedyny, który zadebiutował w podziemiu wydawniczym w Polsce po 1976 r.”.
Ciekawe, że „Twórczość” w 1976 W Gdańsku odrzuciła, a w 1981 kiedy już szumiała Solidarność i W  Polsce była znana, Henryk Bereza W Gdańsku z pocałowaniem ręki bez cenzury w „Twórczości” puścił (nr 7, 1981). No bo dla nich wtedy taka „alegoryczna krytyka Solidarności” była na rękę, to był parodziesięcioletni Parnas koncesjonowany i otwarty antykomunistyczny bunt Polaków psuł im ciepłe legowisko.
Inne ciekawe: W 1976 to Julian Stryjkowski „odesłał” [odrzucił]  W Gdańsku mojemu koledze Marianowi Terleckiemu (szef Radiokomitetu za Wałęsy, ale wtedy miał 22 lata), który z nim korespondował i myślał że przekona do opublikowania. Stryjkowski był chyba wtedy zastępcą rednacza czy szefem prozy w „Twórczości”, mógł dużo, bo Iwaszkiewicz słabł. I ciekawy epilog: chyba w 1985 w Nowym Jorku dzwoni do mnie przyjezdny felo z PRL, przedstawia się jako bratanek czy siostrzeniec Stryjkowskiego i uprasza czy nie pomógłbym znaleźć wydawcy dla książek Stryjkowskiego w USA. Forsy rodzina potrzebowała, oczywiste. Ja wtedy znałem trochę starej emigracji, od Lechonia jeszcze i Wierzyńskiego, trochę wśród nich artystokracji, więc poszedł pewnie szur że coś mogę. Ale śmieszne.
Ogólnie zasada publikowania w podziemiu w latach 1976-80 była taka, że publikowało się rzeczy antykomunistyczne, dobre i niedobre, w większości niedobre. Cenzura też była, tylko bardziej w/g politycznego profilu środowisk co naturalne, a w wypadku żydowskim etniczna, tj. obrony interesów grupy tzw. „komandosów” i starych żydowskich post-stalinowców wokół nich. W „Zapisie” puściłem dwa kawałki, w nr 5 i 6, a potem i tam mnie ocenzurowano, bo zrobiłem wywiad z dziennikarzem szwajcarskim i on powiedział, że za bardzo Michnika w zachodniej prasie się pompuje, a przecież on na własne oczy widzi że w PRL jest wielu innych dzielnych buntowników. I tego Woroszylski i inni z tej paczki nie puścili. Kazimierz Brandys wprost napisał (Woroszylski pokazał mi jego notkę), że on nie wierzy w istnienie tego dziennikarza. A przecie to było nagrane, tłumaczone z francuskiego. Po tym zrezygnowałem z publikacji w „Zapisie” i ze stypendium 2 tys. zł. miesięcznie, bo mi „Zapis” po publikacji W Polsce takie wypłacał. Trzeba przyznać, że Piotr Wierzbicki i Kazimierz Orłoś byli za tym żeby ten wywiad puścić, bo ich też o opinię pytano.
Były też inne przypadki cenzury, np. w NOWej zwlekano z publikacją W Polsce (przypomnę: nagroda Kościelskich 1984) przez blisko rok, od złożenia we wrześniu 1980 do drugiej połowy 1981, a przecież ja byłem także drukarzem NOWej. Aż się pokłóciłem na zawsze o to z Michnikiem, bo on tym wszystkim przecież trząsł. Jak Marek Nowakowski dał się z powrotem przeciągnąć wysokiemu komuchowi Wasilewskiemu do publikowania w PiWie (to było o ile pamiętam za cenę że MN wycofa swoje nazwisko ze stopki „Zapisu”), to „Warszawa” oniemiała kompletnie jak to ocenić, jak zachowywać się wobec MN odtąd. Trwało to tydzień czy dwa. Totalna konfuzja, ktoś zaczynał sprawę komentować i kończył długim wielokropkiem. No i potem „Adam” zabrał głos i nie tam publicznie, po prostu prywatnie powiedział temu i temu, i już byl porządek w stadzie: „Adam powiedział, że to w porządku, Marek mógł tak zrobić”. Sam słyszałem na własne uszy. Marek Nowakowski był dalej „nasz”.
Ale książki W Polsce (bo to więcej niż oryginalne opowiadanie) Michnik nie przełknął. Umówiłem się z nim specjalnie na obiad żeby wybadać dlaczego maszynopis tyle miesięcy w NOWej leży a nie publikują. Ja byłem zdecydowany nie wyjeżdżać z Polski, dopóki W Polsce się nie ukaże (starałem się o paszport w tym czasie, systematycznie odmawiany). Michnik na tym obiedzie powiedział, że Marek Beylin był przeciwko publikacji W Polsce, ale on sam, Michnik, „jeszcze nie czytał maszynopisu” więc nie wie... „Nie czytał” a po wstępnych grzecznościach zapienił się: „zobaczysz, skończysz jak Mencwel, zobaczysz, skończysz jak Mencwel!”. Wiedział, że podświetlam w książce niezbyt polskie, plemienne zachowania jego środowiska, o to przecież w istocie szło. I idzie.

P.S.  Tam się po mysich norach pochowali jak im to na UJ posłałem. Jajogłowi to w większości naturalni tchórze, byli, są i będą, trzeba wliczać.