Wzlot i rejterada Salonu24.pl

Wszystkie aspekty, całość polskości winna być przedmiotem otwartego dyskursu – a nie jest. W 2011 Igor Janke i Radosław Krawczyk, proprietorzy Salonu24.pl, ocenzurowali mnie – drukarza NOWej, autora podziemia antykomunistycznego 1976-81 – przez ukrycie 3 tekstów. Zaczęło się od wpisu „Ubeckie fundamenty Czerskiej” i już w tym punkcie zdecydowałem, że zamykam bloga na Salon24.pl. Chciałem jednak mieć pewność, że nie był to przypadkek wynikły może z dezorientacji podległych adminów. Dałem dwie dalsze notki w "ukrywanym" temacie i było to samo, cenzura przez schowanie. Trzy to już świadoma polityka redakcyjna. Potrzebne mi to było by bez wątpliwości móc publicznie stwierdzić: oszust narodowy Igor Janke i oszust narodowy Radosław Krawczyk.
Kto ich goni po buszu... W jakimś sensie "proroczy" (to mi dość łatwo przychodzi) był mój pierwszy post na Salon24.pl w 2008 r. pt. "W Polsce, w Seattle, w centrum" >>

Poniżej kopia 100/100 pierwszego tekstu ocenzurowanego „ukryciem” w 2011 na Salon24.pl:

==============================================
Widzisz ten tekst, ponieważ zmieniałeś ustawienia konta na stronie zarządzanie/ustawienia/ustawienia konta "Pokaż wszystkie treści w salon24.pl".
04.06.2011 20:23 0
Ubeckie fundamenty Czerskiej

Po 1989 r. zaczęły się przebijać teksty o przepychaniu się terytorialnym Żydów i Polaków w przedsolidarnościowej opozycji. Ale w latach 1976-80 w czasie tzw. korowskim, czyli dominacji życia politycznego i kulturalnego opozycji przez żydowskie rodziny z desantu KPP, dużo nie poczytałbyś o tym w drugoobiegowym mainstreamie. Głównie odbywało się to na poziomie obmów i plot. Można zaglądnąć do ówczesnej bibuły – plaża, poza od czasu do czasu zakamuflowanym strzyknięciem.

Jedno wytłumaczenie byłoby takie ­– i było – że opozycja była za słaba wobec totalitarnego molocha, aby rzucać się jeszcze otwarcie i sobie do gardeł. Niby fakt, ale właśnie przez to, że ten problem nie został gruntownie i kompetentnie przedstawiony w tamtym formatywnym – jeśli chodzi o elity przyszłych historycznych przemian w Polsce – czasie, szersza wspólnota nie miała szansy dokonać właściwego wyboru kiedy po 1989 wolne wybory w Polsce stały się faktem. Nie mówiąc o "sprywatyzowaniu etnicznym" samych negocjacji prowadzących do "okrągłego stołu". 
Kiedy w 2010 r. wyszło wznowienie mojej W Polsce w ramach Kanonu Literatury Podziemnej, w „Rzepie” ukazał się artykuł pt. „Wolność od eufemizmu”, gdzie stwierdza się, że „W Polsce jak było w kraju prozą znaną jedynie wtajemniczonym, tak i taką pozostaje.” I było też o „Salonie”, który „zawył” itd. 

No właśnie. 

Kilka miesięcy temu, tu w Salon24 jedna z osobowości „czerwonych”, kompetentna w sprawach i środowiska „warszawskiego”, i kultury polskiej, i opozycji sięgającej jeszcze czasu przed-1968, nabyła W Polsce, zaczęła czytać i się do mnie dziwi: „Jak się Pan uchował przed większym rozgłosem?”. 

No właśnie. 

Były miejsca w W Polsce, skończonej w połowie 1980 i wydanej w 1981 po rocznym przeleżeniu w NOWej – był opór, wiem od jednego z kierowników NOWej – w których przeleciałem się po obu stronach etnicznego konfliktu, a powinienem przecież tylko po jednej, no której, misiu, której? A ja przeleciałem się i po opozycji "demokratycznej" i po opozycji "narodowej". I po maskowanym jako uniwersalizm hipernacjonalizmie żydowskim i po wynaturzanym przez sprzężenie zwrotne z nim nacjonalizmie polskim. Kazimierz Orłoś, który znał moje poglądy na "opozycję", powiedział jak spacerowaliśmy raz na Mokotowie jego długiego psa Fido: „Panie Tadeuszu, pan to jest jak ta Albania. Ani z jednym, ani z drugim.” 

I dobrze jak się ma dwadzieścia kilka lat, a co. W młodości ma się szukać dróg. Inaczej kończy się nabożnością synowską, filial piety, podjęciem ojcowskich walk bez rozwinięcia własnych idei, i tylko czekać aż nas całkiem poniosą. 

Ale wtedy w 1979 w Warszawie, kiedy skończyłem pisać jeden z tych „szkodliwych dla większego rozgłosu”... „szkodliwych” do czasu, zaczynamy już mieć tego po dziurki Czerska, łapiesz? ... powtórzę:
Zaczynamy mieć tego po dziurki, Czerska, łapiesz?

Więc wtedy w 1979 w Warszawie, kiedy skończyłem pisać jeden z tych „szkodliwych dla większego rozgłosu” fragmentów, zaniosłem go Marianowi Brandysowi, bo chciałem poznać jego opinię. Nie tyle ze względu na niego jako pisarza, ile że pochodził z tego środowiska – ja dawałem tym ludziom szansę, co myślicie, że byłem jakiś głupi antysemita? Wybrałem Mariana Brandysa, bo po moim wieczorze autorskim rok przedtem w Salonie Walendowskich na Puławskiej podszedł do mnie z gratulacjami, więc był kontakt. No i od jakiegoś czasu pisał w miarę normalnie o polskiej historii, a nie dopiero co wskoczył na medialną opozycyjną furkę jak jakiś Geremek. 

Zaniosłem maszynopis do jego mieszkania przy dolnej Marszałkowskiej i po paru dniach wróciłem porozmawiać. Usiedliśmy w jego pokoju, on koc na kolana, popija białe wino małymi łykami bo gościec czy coś, gadu gadu, i w kulminacyjnym punkcie on ekspresywnie jak przestrzegał ziomków Żydów w stalinowskiej Polsce: 

- Ja im mówiłem... Co wy robicie, co wy robicie! Przecież oni wam tego nie darują! 

Oni czyli my Polacy. 

Moim zdaniem Marian Brandys odnosił się tu do Żydów stalinowców "twardych" , tj. z bezpieki, sądownictwa, wojskówki, partyjnej szczytówki. Takich co brali udział w mordowaniu czy administracyjnym czy wprost fizycznym nas. To była jedna rozradowana żydowarszawka, dziś z badań historyków i publikowanych wspomnień wiemy o tym coraz więcej. Mieszkano w tych samych luksusowych „popolskich” (jak na ziemiach zachodnich „poniemieckich”) kamienicach, zabawiano się w tych samych miejscach publicznych i prywatnych, jeżdżono do tych samych rekreacyjnych miejscowości, romansowano między sobą, pobierano się – i Żydzi z "kultury" i Żydzi z bezpieki. 

Zatem standardowo psychologicznie rozumując, Marian Brandys miałby tu na myśli żydowskich katów Polaków, kiedy mówił mi, że ich przestrzegał "co wy robicie, co wy robicie!". Tak to trzeba rozumieć, uważam, ponieważ w tym kontekście nie mógłby on raczej kierować tych słów do takich jak on, który wstąpił do PPR w 1945 i produkował literaturę socrealistyczną w rodzaju Wyprawa do Arteku. Notatki z podróży do ZSRR (1953). „Reportaż z podróży polskiego pisarza do krainy szczęśliwych pionierów – straszna propaganda socrealistyczna skierowana do młodego czytelnika. Wydane przez Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej "Nasza Księgarnia", Warszawa, 1955 r., wydanie III” – opisuje książkę na Allegro sprzedający ją współcześnie (2008). 

Legitymację PZPR Marian Brandys oddał wraz z paczką ex-stalinowców w 1966 w geście solidarności grupowej po partyjnej czystce, do której dało pretekst wystąpienie jednego z nich, niejakiego L. Kołakowskiego, w obronie wartości demokratycznych. O L. Kołakowskim mało kto dziś pamięta, ale niedawno jeszcze zrobił falę, pokazując się na wstydliwie utajnionym – w obawie przed polskimi demonstracjami – pogrzebie Heleny Wolińskiej. Dla niego może i przyjaciółki, ale dla nas stalinowskiej prokurator, administracyjnego kata najdzielniejszych z nas. 

Marian Brandys miał porządną wojenną przeszłość, oficera w kampanii wrześniowej, więźnia oflagu. Niestety, nawet żołnierowanie w grupie gen. Kleeberga nie uchroniło przed kolektywistycznym zewem krwi, co zaczęło się już w oflagu udziałem w lewicowym oficerskim "kole spółdzielców". 

Blood thicker than water. To do was, etniczni polscy jajogłowi, grzeczne pyszczki.

Brak komentarzy: