Upper East Side


Brownstone na lewo pod drzewem
Moje wejście w Amerykę w 1983 to był spacerek. Polsko–nowojorska elita z korzeniami jeszcze w II RP załatwiła mi mieszkanie w domu znanej amerykańskiej rodziny na Upper East Side.
Nexus sił świata, można powiedzieć. Moim gospodarzem był profesor Princetown, jego żona oddawała się globalnie w sąsiedzkim UNICEF, jego brat był autorem przemówień JFK. Andy Warhol kupił dom na naszym bloku, który wynajął od niego Mick Jagger. Dwa bloki dalej na zachód przy Madison Ave Richard Nixon chciał kupić co-op, żeby jego słabująca Pat miała bliżej do szpitali, ale rada mieszkańców nie wpuściła go za próg.
Blok na północ od tych post–McCarthy’owskich poprawin nowoczesny patrycjusz William F. Buckley Jr. miał duplex. Media drugiego sortu, czyli wszystkie politycznie na prawo od zboczonego i tak milę w lewo centrum, nie mogły się nachwalić, że na rautach mogło tam bywać „nawet więcej głów państw niż w sąsiednim ONZ!”.
Ten trzeci to Goldwater
To był złoty czas dla Buckleya, gdyż czytelnik jego National Review i kolega wprowadził się na osiem lat do Białego Domu. Republikanin z irlandzkich katolików, Buckley był ojcem tak zwanego nowoczesnego amerykańskiego konserwatyzmu, jednej z wielkich amerykańskich klęskidei drugiej połowy XX wieku. Oczywiście, na pierwszy rzut oka ten „nowoczesny” amerykański konserwatyzm wyglądał jak sensownie podciągnięty meme. Odrzucał izolacjonizm Starej Prawicy, co pozwoliło krajowi pójść na otwarte kopy ze światową komuną. Zwalczał infiltrację amerykańskiej elity władzy przez czerwonych, zwłaszcza zalęgłych od kadencji FDR. Uwalniał gospodarkę kraju od socnaleciałości New Dealu, co zaowocowało efektywną Reagenomiką. Last but not least, wyczyścił główny nurt amerykańskiej prawicy z antysemityzmu i antysemitów. W sferze idei nie stworzył jednak ów „nowoczesny amerykański konserwatyzm” nic specjalnie trwałego, biorąc większość siły wznoszącej z przeciwstawiania się tzw. liberalizmowi, czyli demoliberalizmowi po europejsku, a najlepiej dziś nazwać gada gadem czyli kulturmarksizmem.
Technicznie największym błędem Buckley’a było wylanie dziecka z kąpielą w sprawie antysemityzmu. To łatwo postrzegalny fakt, że psychika eurska słabo sobie radzi z plemiennością żydowską. Owszem, my etniczni Eurowie też potrafimy uplemiennić się do przesady, ale do tego potrzebujemy przekrwienia instynktów, jak np. w wojnie. W spokojnym czasie jesteśmy raczej supersolistami, czego świadectwem nasza dwutysiącletnia obłapka ze skrajnie personalistyczną religią. Kolektywna obecność żydowska podżega naszą psychikę do stanu neurotycznego niepokoju, w peryferyjnych przypadkach prowadząc do zachwiania psychicznej równowagi, którą system stara się przywrócić czy to przez generalizującą niechęć, czy generalizujące lgnięcie do obiektu jątrzącego.
Oczywiście, Buckley i jego "nowocześni konserwatyści” robili jak najbardziej krok do przodu wytłumiając antysemityzm konsumpcyjny. Owe pobrzeżne przypadki karlej woli mocy z jej ludożerczymi sykami: „Podłożę ogień antysemityzmu pod was, Żydzi, mam Moc, bójcie się Mnie!”. Z drugiej jednak strony było niewybaczalnym  błędem Buckleya odcięcie się od naturalnych – więc świętych –  mechanizmów obronnych jakie my etniczni Eurowie wytwarzamy organicznie przeciw napieraniu żydowskiemu. Przeciw nadreprezentacji interesu żydowskiego w centrach dyspozycjnych naszych etnicznych narodów. Te naturalne mechanizmy obronne są szczególnie dla nas żywotne od czasu Oświecenia, które znacznie wzmogło możliwości awansu żydowskiego przez przedłożenie indywidualizmu nad podmiotowość grupową, zwłaszcza wśród „światłych” w etnoeuropejskich szeregach.
Niestety, Buckley nie dał współczesnemu amerykańskiemu konserwatyzmowi szansy cywilizowanego starcia politycznego między Euro–Amerykanami i Żydami. Oportunizm, tchórzostwo i – jednak – polityczna tępota. Najrozsądniej przecież byłoby tak zrobić, interesy obu grup są w jednych sprawach zbieżne, w innych nie, nawet diametralnie nie, w tym w niektórych w stanie wrodzonej kolizji. O niektóre rzeczy trzeba się po prostu potrykać i najlepiej otwarcie, bo jeśli nie, to zostaną one tak czy inaczej „otwarte” przez dużo większe siły i najczęściej z opóźnieniem, co na ogół jest kosztowniejsze i czego przykładów historia nie skąpi.
W latach 1990. co bardziej krzepcy etnicznie członkowie redakcji National Review zaczęli przebąkiwać, że robi się podbramkowo i być może to ostatni dzwonek dla Euro–Amerykanów żeby zatrzymać zalew kraju przez trzecioświatowe tsunami. Statystyki nieubłaganie wskazywały, że w ciągu następnego półwiecza amerykańscy Eurowie spadną do statusu mniejszości we własnym z siebie wywiedzionym kraju. Ale kiedy ci prorocy ostatniej etnicznej godziny zaczęli faktycznie robić falę i organizować uwagę publiczności wokół krytycznego faktu, Buckley zrobił bezlitosną czystkę, wycinając co bardziej spostrzegawczych, włącznie ze zdegradowaniem rednacza, który dopuścił do prezentacji tak niewłaściwych postaw. Taka niewłaściwa spostrzegawczość musiałaby bowiem doprowadzić w pewnym momencie do uświadomienia przez szeroką publiczność nieproporcjonalnie dużego – w porównaniu do innych etnicznych grup – zaangażowania żydowskiego w obalenie preferującego etnicznych Europejczyków Aktu Imigracyjnego 1924 i narzucenie w jego miejsce Aktu Imigracyjnego 1965, zapewniającego praktycznie zalew kraju przez kolorowy tłum. Takie coś nie miało prawa zaistnieć, gdyż dla antysemityzmu jako ograniczania aktywności żydowskiej w jakimkolwiek obszarze, a już zwłaszcza dla bezczelnego antysemickiego pociągania Żydów do odpowiedzialności za niektóre ich destruktywne pomysły, w nowoczesnym amerykańskim konserwatyzmie nie było miejsca. Nie, nie i nie. No i poleciały głowy.
Tak więc w latach 1990. kiedy Euro–Amerykanie w parę dekad zjechali z 90% do 60% populacji, euro–amerykańscy jajogłowi wystąpili z inicjatywą oporu. I nie mówię tu tylko o lekkopółśrednich zawodnikach Buckleya, zasięg reakcji był szerszy. Ale wszystko to padło jak noworoczne rezolucje pijusa. Euro–amerykańska klasa intelektualna najwyraźniej nie miała tężyzny ni liczby, by sprostać potrzebie dziejowej chwili. Wszystkie te 972 czy 973 amerykańskie uniwersytety w pierwszym tysiącu najlepszych w świecie – i taki zbuk. Jajogłowi to z natury tchórze, nawet z Pierwszą Poprawką za plecami i najtłustszą tenurą. Czy w Polsce czy w Ameryce czy w Brukseli to jednaka wyrobnicza kamanda przepędzana od ideologii do ideologii jak gęsie stado. Ja, robotnik budowlany, malarz przemysłowy, instalator biurowy, przeprowadzkarz, ogrodnik, przewodnik, busboy, hotelarz, bibliotekarz, ochroniarz i cokolwiek jeszcze między pustym żołądkiem rano i kopiastym talerzem wieczorem, podrzucam prawdę lekko jak piłkę z ręki do ręki i śmieję się im w twarz.
Co do naszego Mr. Cleana, to tak mu te "więcej głów państw niż w sąsiednim ONZ" w jego duplexie w pałce pokopało, że doniósł publicznie (1992) nawet na rodzonego ojca jako notorycznego antysemitę, no amerykański Pawka Trofimowicz Morozow. Kiedy sam gruchnął w kalendarz w 2008, jego małozdolny syn sprzedał jego z kolei za 15 minut prime-time ujawniając w popularnym magazynie, że w finalnych latach William F. Buckley Jr. uchylał drzwi limuzyny i sekretnie wypróżniał pęcherz w publiczny wiej highwayu. Tak zakończył się amerykański „nowoczesny konserwatyzm”. Sikiem.