Co za siebie rzucisz, to przed sobą znajdziesz


Chciałbym żeby jak najwięcej Polaków przekonało się dziś o jednym. Tak jak jeden z blogerów trafnie opisał samym już tytułem sytuację międzi Polakami i Żydami dziś: „Spadły maski – i wypadły kneble”, tak w Ameryce biała większość wybuchnie przeciw Żydom kiedy do powszechnej świadomości wejdzie przekonanie o kluczowej roli Żydów [pdf] w zdezaktualizowaniu Immigration Act of 1924 z jego National Origins Act regulującym imigrację do kraju w proporcjach etnicznych jakie ustaliły się przed rokiem 1890 (czyli zachowującym tradycyjną strukturę etniczną narodu) i wprowadzenie w jego miejsce Immigration and Nationality Act of 1965, będącego praktycznie otwarciem śluz i zalaniem Ameryki populacją tzw. Trzeciego Świata. To się dzieje. Biali staną się mniejszością we własnym kraju. „Wpadka” z Trumpem tego świetnie toczącego się procesu to podświadoma próba zatrzymania nieuniknionego przez białych. Nie uda się. Przyjdzie czas, że wypadną „kneble” z głów, będzie potężny wybuch antyżydowski. Stare już nie wróci, nie "będzie jak było". Bardzo dobrze dla Polaków i Polski. Róbcie swoje ale bierzcie to w rachubę.
Niżej scena z amerykańskiego miasteczka, region Montana, rok 1992. Sytuacja jest opisana prawie dokładnie jak się zdarzyła, a psychologicznie w 100%. Fraza tytułowa w popularnym użyciu ma znaczenie nieco inne, a użyłem jej, bo kiedy leciałem „do Ameryki” w 1983 to jednym z oczekiwań było, że już nie spotkam tam tego jątrzenia i penetrowania życia kulturalnego, politycznego, ideowego kraju przez „mniejszość żydowską” jakich doświadczałem w Warszawie w „opozycji demokratycznej” w latach 1977-81 i na co już zwróciłem uwagę publicznie w 1978 w Zapisie nr 6, cytuję: „Bóg mi świadkiem żadnych semitów nie jestem wrogiem – ale jestem nieprzejednanym wrogiem antypolonów”.
Było osiem lat w Nowym Jorku, nie muszę dziś w dobie internetu i mediów społecznościowych opowiadać co w tym względzie tam spotkałem. W latach 1991-98 były Wyoming i Montana, lecąc tam z kolei ciągle zakładałem, no, nareszcie będzie wolność od tego żydowskiego wpaprywania się w nasze sprawy, amerykański Zachód, swoboda. Co za siebie rzucisz to przed sobą znajdziesz, niniejsza historyjka o tym odcinku podróży i tym odcinku spodziewań opowiada. Czy w Elblągu. Czy w Gdańsku. Czy w Warszawie. Czy w Paryżu. Czy w Nowym Jorku. Czy w Montanie... Czy w Seattle... tej sprawie trzeba wyznaczyć uzbrojoną granicę. Tak zresztą się stanie, to co dziś przechodzimy to bóle porodowe.
24 lutego, 2018
* *
Dzielnica akademicka, ona profesor prawa, on dziennikarz. Curtis z płatnej agencji robót dorywczych mi załatwił, półki w garażu. Zacząłem w zeszły wtorek, dziś skończyłem. Kimballowie wypisali czek, mówią, że niedługo obiad. Lingwini z białym sosem małżowym. Pojechałem po wino do sklepu przy placyku obok, siedliśmy z Teri w patio, pociągamy frascatti. W kuchni Kent też pociąga, gotując lingwini.
Teri wspomina swoją babkę, co jak rosła na farmie we wschodniej Montanie, kąpała się raz na tydzień w tej samej co reszta rodziny wodzie. Nie musi wyjaśniać, wiem, z opałem było kiepsko, jak okiem bezleśna preria. Dorzucam o kobiecie z Północnej Dakoty, co jak była mała pracowała z innymi dziećmi w polu i matka lubiła powtarzać, no dzieci, żeby choć jedno drzewko było gdzieś na horyzoncie, już byłoby chłodniej, od samego patrzenia, prawda?
Ja też kąpałem się w rodzinnej wodzie jak byłem mały, węgiel był drogi. Ale nie wrzucam, tylko zgadzam się z Teri, że dla pionierów na początku musiał być wysiłek. Taki rytuał między przyjezdnym a lokalnymi. Bo Teri nie przypadkiem przecież zaczęła o tutejszych pionierach, choć może nie uświadamia. To instynkt, żeby przybysz w pierwszym rzędzie zrozumiał miejscowy wysiłek. Nie tak łatwo zrobić kraj, jakikolwiek. Ten kto zrozumie, uszanuje i pożytecznie się przyjmie. Kto nie, pojedzie dalej. Albo pozostanie obcy.
Mały Jason ściąga uwagę Teri. Zaczął jeździć po jej goleniu plastykowym Lukiem Skywalkerem. Ona patrzy na niego przeciągle.
– Wiesz, kiedy wracam z kampusu, zaraz siadam z Jasonem. Zapominam o reszcie świata. Patrzeć jak się bawi, po prostu patrzeć, godzinami. Nic więcej! – zwierza się.
Coś więcej niż radość macierzyństwa pobrzmiewa w jej głosie. Nutka gniewu na białego mężczyznę da się też wyłowić.
Co?!
No to. Kiedy Teri dowiedziała się, że jest w ciąży i zdecydowała zatrzymać dziecko, miała poczucie winy. Do tego bowiem momentu ciąża kojarzyła jej się najpozytywniej z jej prawem do jej przerwania. Kiedy Jason przyszedł na świat i lgnąc, biorąc pokarm, bablając, śliniąc nawet, zabierał ją w świat, o którym nawet dzień przed powiciem nie miała faktycznego pojęcia, że kobieta może aż tak ucztować, dalej w niej to jak drzazga gdzieś zacięta tkwiło. Poczucie winy, że nie zdecydowała się usunąć. Co, oczywiście, traktowała z agresją, czując się teraz poza tym tak błogo. „Ty biały mężczyzno!”, w takich chwilach pełnią swego macierzyńskiego opiekuńczego szału atakowała wewnętrznie tego, którego prowadzona była tak atakować... Przez życzących sobie tego.
Trochę żartuję.
Japoński SUV zajeżdża przed dom, gładko, jak do siebie. Szatyn w okularach koło pięćdziesiątki wysiada, widzi nas w patio, zachodzi. Steven West, profesor Uniwersytetu. Jak Teri, tylko ona asystent profesor jeszcze. Ona przynosi mu kieliszek wina. Widziałem w jadalnym tylko trzy nakrycia. Profesor przejazdem pewnie.
Przyjaciel domu, mieszka na sąsiedniej ulicy, wychodzi z rozmowy. On, Kent i dwóch innych jeszcze, ordynator szpitala i pisarz z tutejszego szczepu Czarnych Stóp, spotykają się we wtorki na pokera. Taki klub męski – retro oczywiście, z autoironią. Nie na poważnie, coś ty! Organizacje kobiece dostałyby wściku bicepsów.
Teri udaje się po coś do wnętrza domu. Steven wybiera jedną z książeczek obrazkowych na stole i prosi małego, żeby mu pokazał psa, ptaka, dziecko, drzewo, samochód. Mnie pyta czy lubię podróżować. Odpowiadam i odwracam pytanie. On, że też lubi, ale sporo czasu upłynęło od jego ostatniej, do Węgier.
– Podobał się kraj?
– No... ja byłem wizytującym profesorem Fulbrighta... trochę zajęty. Ale widziałem, owszem. Oni teraz przechodzą te zmiany...
– Wiem, wiem, przeczyszczenie, świetnie.
Świetnie, bo Madziarowie wykopali wreszcie ubzdyngolonego Marksem Rusopała i zamiatają chatę.
Profesor po mojej odpowiedzi jakby lekko odpadł z wiatru. Coś w sytuacji siadło. Jakby on był szefem kadr, ja starającym się o pracę i ja odpowiedziałbym niezupełnie jak oczekiwałaby firma.
Chyba wiem co jest grane... Ciekawe, zostawi teraz, czy będzie szedł dalej?
– No tak... ale tam jest sytuacja... – podjął jednak. – Przecież trzeba stworzyć cały nowy system. Odbudować ekonomię, wolny rynek, w zasadzie od podstaw. Jest niezmierny głód specjalistów. A ich tymczasem bardziej zdaje się obchodzić polowanie na czarownice...
Wiedziałem. Tu go szczypie.
Jeszcze go popróbuję, żeby już nie było wątpliwości.
– No cóż, naród po tragicznym doświadczeniu chce, żeby patrioci nim teraz kierowali, dla odmiany. Zdrowy odruch – wypowiadam lekko, jakby mimochodem, podnosząc równocześnie Jasonowi Luke’a Skywalkera z posadzki.
Profesor błyska taksująco okiem. Ja filuję w dół na małego, ale widzę.
Steve jest Żydem.
Dużo mówi się o żydowskich antenach, o tym jak Żyd wyczulony jest na najmniejszą nawet zmianę w środowisku, bo może to zagrozić jego bezpieczeństwu, czy bezpieczeństwu jego pozycji. Ale ja też mogę powiedzieć, że po latach podróżowania w pojedynkę po Ameryce w nie mniejszym stopniu rozwinąłem w sobie radar pomagający mi odczytać, kto jest Żydem. Potrzebowałem. Bo oni w zasadzie z miejsca wiedzą kto ja jestem i skąd. A ja o nich często nie. Więc muszę zbierać po kawałku, ostrożnie, stąpając jak po suchym lesie, jak tu, żeby w jakąś czołową konfrontację nie wpaść. Bo co, oni starają się przystosować świat do swoich plemiennych potrzeb, a te nie zawsze pokrywać się będą z potrzebami mojej grupy, czy moimi indywidualnie. To przecież naturalne.
Wróciła Teri. Kobieta, wyłapała napięcie między nami jak czuły miernik. Obrzuca nas badawczym spojrzeniem. Kent woła przez siatkowe drzwi, że obiad na stole. Steven ociąga się z odejściem. Teri zaprasza go do środka. Kent wykłada czwarte nakrycie. Jemy.
Jak to obiad, rozmowa robi się telewizyjna. Ja zaczynam o starych magazynach, które znalazłem na poprzedniej robocie w ścianach szopy narzędziowej, upchniętych jako izolacja. Z lat jeszcze 1950., w tym numer Life’u z pierwszą publikacją Starego człowieka i morza. Teri włącza się z historią o jej byłym chłopaku, który od dziecka wbił sobie do głowy, że będzie szukał skarbów w zatopionych okrętach i dziś jest milionerem. Wyszła, wróciła z egzemplarzem National Geographic ze zdjęciem byłego apsztyfikanta. Na zdjęciu kufer z drogimi kamieniami i złotym złomem, on wpółsiedzi na nim wyszczerzony jak nawalony rumem pirat.
– Kent, a czym zajmowały się twoje byłe dziewczyny? – rzucam do jej męża.
Bo zgadzam się, że mężczyźni przez długi czas w historii, pewno i przed uformowaniem się języka, na migi, lubili opowiadać swoim kobietom o kobietach z ich przeszłości, a nawet tych, na które mieli na bieżąco oko. Bo robiło im to dobrze. Ale zabraniali swoim kobietom robić podobnie, bo wtedy nie czuli się już tak świetnie. Zgadzam się i popieram, trzeba z tym skończyć. Ale nie popieram, żeby kobiety teraz przy byle okazji przynosiły zdjęcia i pokazywały o, ten, widzisz, z tym robiłam też jak z tobą, jakbyś nagrał na magnetofon w nocy, nikt by nie odróżnił.
I dlatego dla przywrócenia równowagi podjąłem próbę wprowadzenia do funkcji także przeszłości erotycznej Kenta. No chcę żeby małżeństwa ludziom się udawały, coś złego?
– Co? Ona oczy by mu wydrapała, gdyby tylko wspomniał o którejś – Profesor.
Śmiejemy się, ale pewnie ma rację. Demokracja po babsku. Bo mężczyzna z rogatych, jak powie że coś „nie”, to będzie starał się żeby „nie”, inaczej wstyd mu będzie. A baba jak woda, zawsze gdzieś przecieknie. Jedno Oświecenie nie odkręci milionów lat lobbowania Natury.
Czyli między mną i Steve’em w pierwszej części obiadu rozluźniło się, on jakby odstąpił. Byliśmy po dniu pracy wszyscy, chcieliśmy się odprężyć przede wszystkim, rozerwać. Ale czułem, że z tamtym jeszcze nie koniec. Czułem, że on z tamtym wróci, w ten czy inny sposób. Radar mi mówił.
Bo „polowanie na czarownice”. Wiadomo, chodziło Profesorowi o pociąganie do odpowiedzialności byłych współpracowników narzuconego Węgrom i innym krajom tej części Europy komunistycznego reżymu z Moskwy. Kolaborantów czyli. Quislingów. A dokładniej, co tu obijać gruchę kijem, o miot zdolnych, ambitnych, często świetnie wykształconych Żydów, którzy instalowali i w pierwszej fazie w znacznym stopniu wspomagali ten antynarodowy – z punktu widzenia interesu etnicznego narodu węgierskiego – system. Podczas pobytu na Węgrzech Profesor mógł się zaprzyjaźnić z niektórymi z nich, dziś pewnie w komplecie czołowymi animatorami przemian, tym razem demokratycznych. Może wchodziły w grę nawet więzy rodzinne, w Budapeszcie mniejszość żydowska liczy koło 100 tysięcy.
I tak oto w scenicznym miasteczku w scenicznej dolinie scenicznej zachodniej Montany natknąłem się na drugi kordon graniczny Ameryki. Na nieformalną strefę wizową z precyzyjnymi, choć nie do końca uświadomionymi, bywa że i u samych kontrolujących, przepisami: kogo wpuścić, kogo nie, kogo poprzeć, kogo przytrzymać... Nie pierwszy raz mi się to w Ameryce zdarza. I nie ostatni, to pewne.
Miałem rację, nie był jeszcze koniec. Ogólna rozmowa na chwilę siadła, i Steve:
– A ty jesteś obywatelem amerykańskim? – uprzejmie i jakby oczekując potwierdzenia.
– Nie, nie jestem.
– Ale zamierzasz zostać? – uprzejmie i jakby spodziewając się, że tak.
– . . . – zakręciłem w powietrzu widelcem, jakbym dyrygował.
– Myślisz, że może wrócisz do starego kraju? – Teri z ciekawością w głosie, uczciwą.
– On zostanie obywatelem świata – Kent jakby z kroplą tabasco, dla smaku.
– Prawdę mówiąc, nie ma chyba w praktyce czegoś takiego jak świat bez kraju. Tyle w dotychczasowej jeździe odnotowałem. Zawsze będzie o jakiś kraj chodzić. Tylko on może się z tego czy innego powodu inaczej określać...
Kent zastanawia się i mówi, że rozumie chyba co mam na myśli.
– A jak przyjechałeś do USA? – Profesor.
W tym momencie poczułem nad nim wyższość. Ton w jego pytaniu nie do końca był naturalny – zrobił nerwowy ruch przedwczesny. Za szybko chciał wiedzieć.
– A przez południową granicę, Steve. Przez południową... – umoczyłem bagietkę w sosie.
Teri i Kent zachichotali. I momentalnie spoważnieli, jakby przepraszająco.
Profesor i ja spotkaliśmy się oczami. Większość dzisiejszych polskich jajogłowych już w tym momencie narobiłaby w spodnie. Takich spojrzeń i takiej wymiany spojrzeń nie spotyka się co dzień. To nie było spojrzenie jednego człowieka w oczy innemu człowiekowi. To jeden naród taksował drugi naród. I ten drugi naród taksował ten naród pierwszy. I nie w prostym sensie polsko–żydowskim. Nie, to było raczej coś z tego co powiedziałem wyżej. Że zawsze będzie o jakiś kraj chodzić. Ale on może się z tego czy innego powodu inaczej określać.
No bo co. Nie byłem już zielonym nowojorczykiem, który wyprawiał się z Manhattanu za zachodzącym słońcem. Przekołowałem prawie cały kraj Daniela Boone’a. Obróciłem pół tuzina lat w podróżniczym kalendarzu. Mamy lata 1990., skutki rozregulowania imigracyjnego Ameryki stają się już widoczne powszechnie. Rośnie tak zwany white flight, ucieczka amerykańskich Eurów od dobrodziejstw „etnicznej dywersyfikacji”. Począwszy od lat 60., z nastaniem civil rights – równych praw obywatelskich i ich ideologicznych wynaturzeń jak busing (wymuszone mieszanie dzieci z różnych grup biologicznych w szkołach, z dala od własnych środowisk) – ci Eurowie zaczęli uciekać przed „dywersyfikacją” z miast do przedmieść najpierw. Potem z podmiejskich okolic dalej, tworząc organiczne białe „podmiasteczka”, white suburbs. Potem już w głąb kraju. Ba, jeszcze nie tak dawno amerykańscy Eurowie uciekali do takich stanów jak Kolorado. Dziś uciekają już i z Kolorado. W Denver, stolicy Kolorado, czytałem, dzieci w szkołach to ponad 50 % Latynosi, koło 25 % Afro–Amerykanie i mniej niż 25 % Euro–Amerykanie. A i w Montanie można już usłyszeć narzekania na napływ do stanu zbyt wielu zmykających z Kalifornii Eurów, sprzedających posiadłości tam, windujących ceny nieruchomości tu, wciskających się w szczupły rynek pracy. Wiedziałem, że Profesor rozeznał jak i ja gdzie jest między nami punkt gorący. I milczał.
Przez resztę obiadu był spokój. Ciekawe, będzie mi w miasteczku przeszkadzał?