Czy Margaret Sanger lubiła kwiaty?


Robota u Nancy. Kobiety pojedynczej, jak tu mówią. Cięcia żywopłotu na parę dni, wysokie bzy, potem może stolarka w kuchni.
Nancy miejscowa, rodzice po drugiej stronie miasteczka. Ma z 35–tkę, musiała wymiatać dyszkę temu. Blondynka, chyba nie z butelki. Lubiła śpiewać country, po junior college’u pojechała szukać szczęścia w Nashville. Nie znalazła. Ale dalej kręciła się w światłach rampy jako piosenkarka chórkowa. Wróciła do miejsc rodzinnych dwa lata temu, wyczuwam wypalenie. Rozwód może. Może słabością był pociąg do silnych męskich ego. Nashville przelewa się od tego. Mogło być dwóch, tak mi coś receptory mówią. Dwóch dżingizhanów wystarczy, żeby wyjąć z kobiety większość co ma najlepszego do zaoferowania.
Pracuje w Planned Parnethood. Nie bardzo tam przynależy, jest trochę jak dziewczyna na posyłki. Ale niełatwo o pracę w małych miasteczkach. Ostatniego dnia roboty mówi, że rozmawiała z dyrektorką PP i jest u nich parę rzeczy do zrobienia. Czy bym na to poszedł. Tak wyraziła się ostrożnie. Wiadomo, PP. Usuwanie ciąż. Aborcje.
Tak też zaczęła ze mną dyrektorka PP następnego ranka, Bridget. Nieduża, krągława, ale w proporcjach.
– Pracujemy pod stałym zagrożeniem zamachu bombowego, chcę żebyś wiedział – na ty z miejsca oczywiście sadzimy, honorując założycielski ryt puryto–egalitariański. – I całkowicie zrozumiem, gdybyś jednak...
Integralność jak dzwon.
– Czy już byliśmy kiedyś obiektem zamachu bombowego? – mrużę oczy jakbym przeczesywał wzrokiem rogi Main Street, lekko palcami sprawdzając położenie kolby.
– Nie, ale mieliśmy pogróżki – kąciki ust Bridget zakręcają się w robaczki dumy, co, mogę w to nawet uwierzyć, nie jest rejestrowane przez jej świadomość, w każdym razie nie przez główną żarówkę.
– Gdzie jest to biurko z zacinającymi się szufladami, o którym mówiłaś przez telefon – wycedzam.
W oczach Bridget zapalają się wspólnotowe światełka.
Pierwsze wrażenie po spędzeniu tu kilku godzin i zapoznaniu się z większością pomieszczeń, to rzucający się brak żywego koloru. Jedyne dwa źródła emitujące w pasmach tęczy to wysoki przezroczysty słój na kontuarze recepcji wypełniony setkami pojedynczych prezerwatyw w atrakcyjnych pastelowych kolorach, i rządki podobnie pastelowych plastykowych strzałek na framugach drzwi gabinetów lekarskich, do sygnalizacji między lekarzami. Także kobiety tu pracujące, a pracują wyłącznie one, zdają się preferować odcienie ubiorów brązowe, ciemnogranatowe, popiołowe, szare. Ani nie ma ich garderoba jakiegoś wyrazistszego konturu, raczej są to miękkie, niewymagające, sklapłe nawet detale.
Kiedy po pierwszym dniu pracy jadę ulicą Market do motelu, uświadamiam, że myślę o barze w Greenwich Village, do którego prawie że wtargnąłem, bo zobaczyłem przez okno mnóstwo kobiet. Dwa tuziny, minimum. Same one! Ciągle byłem świeży w Nowym Jorku, szedłem do innego baru, w którym umówiłem się w sprawie mieszkania, i nagle to. Nie można przejść obok takiej rzeczy obojętnie. Szczęśliwie, kiedy znalazłem się w środku ale zanim jeszcze zmarnowałem trzy dolary na drinka, zacząło do mnie docierać, że kobiety te wydają się jakieś... niepociągające. Po bliższym przyjrzeniu się ich pogrupowaniu w pary, z gry ciał, w szeregu wypadków także z toporniejszego cielesnego ociosania, jakby do łon ich matek wślizgnął się mężczyzna i powyrzucał co przyjemniejsze pulchności, zaokrąglenia, delikatności, zastępując je jak kukułka własnymi sękowatościami... Słowem były to lesbijki. Znalazłem się w barze kobiet homoseksualistek. I z kolorami, tak w wystroju wnętrza jak w ubiorach było podobnie jak tu teraz w Planned Parenthood. Brązy, granaty, ciemnopopielatość, szarość, stal.
Jakiś czas potem, kilka tygodni, dyrektorka Bridget i jej mąż Chad, radny miasteczka, zaprosili mnie do siebie na obiad. Mieszkają na dawnej farmie. Jemy i Bridget pyta o moje plany. Mówię, że może zaparkuję na dłużej w Mormon Country, Salt Lake City, w ogóle Utah.
– Dlaczego? – ona, i czuję napięcie.
– Ta ich monumentalna wspólnotowość – tłumaczę. –  I obyczajowość, praktykowana z wiarą niemal pierwszych chrześcijan. Odzwierciedla to jakoś początki kraju, jest w tym coś...
...w czym chcę poszukać – ale tego już nie dopowiadam. Zamilczam, spostrzegając ogniki gniewu (nienawiści?) w Bridget oczach. Na niewinną wzmiankę o „amerykańskiej religii”, kobieta dostaje małpiej furii. Wykrzykuje – niemal wypiskuje – że jak oni kontrolują kobiety! I młodych! O wszystkim decyduje konwentykiel zgrzybiałych starców!
Myślałem, że nie skończymy obiadu.
Kiedyś później, w innej miejscowości, oglądałem archiwalny wywiad z założycielką Planned Parenthood, Margaret Sanger (1879–1966). Przypomniał mi tamto zachowanie Bridget. Szajbę antyreligijną ona i Margaret miały w zasadzie podobną. Częściowo, i to daje się zrozumieć, można to wytłumaczyć zagrożeniem i faktycznymi zamachami antyaborcyjnymi na kliniki PP w wykonaniu przeważnie religijnych fanatyków. W pewnych okresach atak bombowy czy podpalenie kliniki wypadało średnio raz na miesiąc. W 1998 zamordowano sześciu pracowników.
W porządku. Ale ta szajba antyreligijna Sanger, Bridget i innych PP–istek, jest także – tak to można odebrać – tym czym jest, szajbą. Wrodzonym (niewykluczone) antyreligijnym defektem. Jak z homoseksualistami i lesbijkami, trzeba liczyć się z pojawianiem się w populacjach również pewnej ilości antyreligijnych zboczków. Pomijam tu etniczne współzawodnictwo grup silnie odległych genetycznie i ich biologiczną w tym względzie nienawiść religii tamtych, gdyż na ogół religie takich są mocno różne. To pokrewny, ale osobny temat.
Z Sanger, wiadomo, do krucjaty na rzecz kontroli żeńskiego narządu rozrodczego pchnął ją jej własny charakter puszczalskiej laski (obleciała H. G. Wellsa, G. B. Shawa, Havelocka Ellisa, tuziny pomniejszych), plus los jej matki, irlandzkiej katoliczki, wycieńczonej 18 stanami błogosławionymi, w tym jedenastu żywymi porodami, co w końcu zaskutkowało gruźlicą, rakiem macicy i wykasowaniem w wieku 48. Margaret miała wtedy 20. Tak kobietom bywało, nie ma co się cukać. Nawet urodzona pół wieku po Sanger, w 1934, geniuszka ludowa i darling przaśnej Ameryki, Loretta Lynn, zdążyła jeszcze wyjść za mąż mając lat 13, a w wieku 17 być już matką czwórki. Aż wreszcie powiedziała basta i zaczęła nagrywać takie kwiatki jak „Nie wracaj do domu pijany myśląc o kochaniu”, „Znowu w ciąży”, „Mam pigułkę”.
Co tu mówić, do całkiem niedawna surowa męska przewaga fizyczna w podtekście relacji męsko–damskich robiła swoje. Facetów stać było na niechlujność partnerską. Nawet kiedy jeden z drugim nigdy nie potraktował kobiety z mięśnia, to zawsze fizyczne czaiło się jak brytan za płotem, paraliżowało wrażliwszą stronę kobiety. My ludzie jesteśmy i istoty rozumne, i bestie w sprzyjającym kontekście, nikt mi nie powie inaczej. Jak od nóg nie da się od tego uciec.
Tak że to trzeba było w naszej cywilizacji poprawić, i dobrze, że się za to wzięto. Tylko po co w tym wszystkim taka zajadłość proaborcyjna, tu mamy problem. Bo to nie jest koniecznie ta sama para butów, poprawiać cywilizację a wkleszczać się proaborcyjnie w życie, tak czy nie? Dlaczego np. nie poszło to nam mocniej w prewencję, wyższym tropem jakimś się nie rozwinęło, tak? Dlaczego nie próbowano kontrolowania zmysłoprzecieków na fundamencie kultury, która nie ma przecież obowiązku być na noże z religią, wiadomym przeciwnikiem aborcji (mówię o porządnej religii). W rzeczy samej, religia to ojciec i matka kultury. Więc dlaczego?
Zastanawiałem się nad tym, kursując z motelu do PP i z PP do motelu przez półtora tygodnia fuchy. Robiąc podkłady i nakładając farbę na ściany, okna, drzwi. Reperując podłogi, biurka, szafy. Też kiedy Bridget poprowadziła mnie do jednego z gabinetów, gdzie trzeba było naprawić wałek z papierem podściółkowym przy fotelu ginekologicznym. A także tego poniedziałkowego wieczoru – przyjęcia lekarskie odbywały się po normalnych godzinach pracy – kiedy zostałem dłużej, żeby wzmocnić podłogę i podkleić wykładzinę w poczekalni. A w niej na swoją kolejkę czekały młodziutkie kobiety, licealistki, studentki, może ekspedientki z Mall–u, cichutko jak myszy kurcząc się w fotelikach, z nogami stulonymi jak niedzielnym rankiem w ewangelikalnym kościółku. Ubrane kolorowo, normalnie kolorowo, jak młode kobiety w życiu (znowu kolory, huh?).
Czy potępiałem te młode kobiety, z których niejedna z dużym prawdopodobieństwem przyszła pozbyć się w tym budynku płodu, może w ten wieczór? Nie. Moja myśl szła w kierunku raczej, że podstawowe potrzymujące życie popędy nie do końca dają się przez nas sterować. Łatwiej nad nimi panować w spójniejszych wspólnotach i w kulturach, gdzie jest wsparcie wiary. Ale tak jak jest dziś, kiedy ludzie coraz bardziej pozostawiani są własnemu rozumowi i pierwotnym odruchom w anonimowości wielkich konglomeracji, wielu nie daje rady. Pamiętam w początkach rewolucji internetowej jak webmasterzy kampusowi przyłapywali pastorów teologów na odurzaniu się porno. W swojej technologicznej naiwności reverendowie sądzili, że skoro nikt im przez ramię w kampusowy monitor nie patrzy... Czytałem kiedyś, że w konkretnym roku w jednym z rustykalno–małomiasteczkowych stanów, chyba Idaho, wypadło coś 50 aborcji na 1000 urodzin, a w mega–metropolitarnym Nowym Jorku koło 800. Anonimizujące metropolie, konglomeracje, spready... trudno wyobrazić, żeby człowiek dał w nich radę iść duchowo w górę bez wewnętrznej bojaźni Bożej. A jeśli nie bojaźń Boża, to co?
André Malraux w Antypamiętnikach wspomina jak zapytał przyjaciela księdza u schyłku jego owocnego pasterzowania: ojcze, posługiwałeś współbraciom przez blisko pół wieku, otwierały się przed tobą podczas spowiedzi dziesiątki tysięcy serc, z tej perspektywy, co możesz powiedzieć o ludzkiej naturze? Ach, André – père westchnął – nie ma czegoś takiego jak dorosła osoba.
W nowojorskiej restauracji słyszałem jak właściciel dawał instrukcje obsłudze na wypadek zakrztuszenia się klienta. Tłumaczył, że w wielu wypadkach do uduszenia i zgonu dochodzi nie dlatego, że część pokarmu dostała się do dróg oddechowych, ale że klient usiłuje resztki pokarmu w ustach dalej połykać. Zakasłuje się, ale nie przerywa pracy żuchwą, smak bierze górę nad rozsądkiem, następny okruch wpada do tchawicy... Kaput.
Więc nawet drobny bodziec smakowy w ustach wypełnionych papu potrafi zrobić człowiekowi śmiertelne kuku, a co dopiero niewiarygodnie większa przyjemność zaspokajania popędu seksualnego, odpowiedzialnego już nie za kontynuację życia indywidualnego, ale całego gatunku. Możemy w naszej rozwiniętej cywilizacji mieć wszelkie dostępne tabletki, prezerwatywy, kalendarzyki, ale dalej będzie zdarzać się „dalsze połykanie papu” na bazie furii rozrodczej niezależnie od kraju, religii, wieku, doświadczenia. Będzie młoda, i dojrzała, kobieta stawać przed wyborem – w miejsce dawnego wieszaka czy skoku z szafy – tabletki poronnej lub pójścia do skrobacza. Ewentualnie zatrzymania dziecka lub oddania do adopcji. Może też zastosować całkowite podwiązanie, fizyczne lub chemiczne, dróg rozrodczych – ale nie można wykluczyć, że Natura za takie coś potrafi się zemścić, i to już nie na gatunku czy grupie, ale konkretnej osobie.
W związku z tym edukacja, seksualne oświecenie, tak? No tak – ale nawet od seksualnego oświecania znacznie bardziej żołnierzy ruchu proaborcyjnego zdaje się rozpalać walka o prawo do usuwania ciąż przez nieletnie bez obowiązku powiadamiania rodziców, i inne podobne pożądliwości. Jakie mogą być możliwe źródła takiego aborcyjnego tropizmu proaborcjonistów, niemal orgastycznego popędu do taplania się w aborcyjnej posoce, pytałem siebie malując i reperując w klinice PP? Skąd ta energia? Bo że jest, widzimy.
W klinice spędziłem blisko dwa tygodnie, naprzyglądałem się personelowi. Właśnie te kolory zaczęły mnie zastanawiać, czy raczej ich brak. Dobór kolorów, jeśli konsekwentny, jest wypływem czegoś głębszego w osobie. Przy czym kiedy powiedziałem, że skojarzyło mi się to z lesbijskim barem w Greenwich Village, to nie dlatego, żebym sugerował, że w PP była nadreprezentacja lesbijek. Nie, raczej mogę powiedzieć, że nic takiego z pewnością w PP nie odebrałem. Nie wskazałbym jednoznacznie wśród tamtego personelu ani jednej homoseksualistki. Może była, czy były, ale nie było to dla mnie takie oczywiste, mimo że miałem z Nowego Jorku i Village niezłe doświadczenie w typowaniu tych chropawych aparatek. A taka np. Cynthia, księgowa PP, żona i matka dwójki, to choć też ubierała się w szarą stronę, to była to kobieta z krwi, kości i ciała, zwłaszcza ciała, lubiłem ją. Mimo wszystko, zdjęcia maluchów nie widziałem postawionego na jej biurku, jak zazwyczaj młode matki amerykańskie w biurach to robią. Może nie chciała „obrażać uczuć”, potrzebowała pracy? Może nie chciała by jej dzieci były choćby na zdjęciu tutaj?
Więc ten trop ewentualnej lesbijskości w kontekście tego konkretnego PP był żaden lub słaby – i ja go tu we wnioskowaniu nie podejmuję. Zresztą w ogóle cały ten wywód jest oblotowy, bo nie zamierzam przecież wynajmować się do kolejnych pięciu czy sześciu PP dla dopełnienia statystyki, są inne fuchy. Ale co mi tak luźno od ręki się nasuwa, to pewne zaniżenie natężenia kobiecości w tym proaborcyjnym środowisku kobiecym. Jak gdyby stan jego permanentnego niedociśnienia, genderowego niedopigmentowania. I to, być może, przejawia się zewnętrznie takim właśnie wytłumieniem naturalnego kobiecego upodobania do barwności, jeśli miałbym postawić tezę. Nawet u Bridget, dyrektorki, kiedy robiłem później parę rzeczy na jej farmie, poprawkę drzwi do stodoły, wymianę zawiasów w starych mebelkach country – właśnie przy tej okazji mieliśmy obiad – to uderzyła mnie sterylność w jakiej żyła z mężem. Pustynne bezdywanowe podłogi, ni rośliny, ni psa, ni kota w domostwie, nie mówiąc o dzieciaku. I podobna do ścian i mebli PP wyblakłość, brak żywszej barwy w wystroju. Jakby jakiś podziemny wiatr wstał, wyprostował się na całą wysokość i z całego tego domostwa i jałowej farmy wszystkie szczebioty i wilgocie życia zdmuchnął.