Peterborough


Heyward Studio. MacDowell Colony
Pierwszą rzecz po angielsku napisałem w Nowym Jorku w 1990. O miasteczku dzieciństwa „Lubark”. Od lubić, proste. Ludzie kochają powroty do miejsc dzieciństwa, parapetu w kuchni, dołka na boisku, okładki elementarza. Czesław Niemen płakał jak bóbr kiedy pojechał po latach na Białoruś i zobaczył dalej ten sam prowizorka-kamień, co go rodzina wcisnęła pod słup furtki żeby się nie chwiała. Dzieciństwo to podstawa, są nieszczęśliwe wyjątki, ale nie mogą być komunią.

Lubark załatwił mi zaproszenie do Kolonii MacDowell w Peterborough w stanie New Hampshire na pisarską rezydencję. Thornton Wilder napisał Nasze miasto w MacDowell. Kiedy zobaczyłem pierwszy raz tę sztukę w komunistycznej TVP w fazie nastolatka, spowinowaciłem się z jej dobroświatem jakbym spędził tam całe wakacje. To był duch zasiewny, bryza do podróży.

W Kolonii w Heyward Studio rozwijałem dalej Lubark, wrzucając do narracji już amerykańskie doświadczenia. Po powrocie do Nowego Jorku jeszcze posiedziałem i zadzwoniłem do Kelly, edytorki prozy w magazynie dla nastolatów, którą w Kolonii poznałem. Mówię, no Kelly, mam pół książki, szukać już wydawcy, czy siedzieć dalej? Kelly że mogę tak i tak, ale czy mam agenta? Mówię nie, nie mam agenta. Kelly, oł, musisz mieć agenta, każdy ma agenta (ci nowojorkerzy). I że zadzwoni do Melissy, powie jej o mnie a ja w międzyczasie niech wyślę Melissie maszynopis.

Melissa, jak wiedziałem z magazynów New York i Book Review, i nawet gazet Post i Daily, nie była agentem, była super–agentem (agentką), jak ich w Nowym Jorku trzeba wabić. Duża kubana. Mówię do Kelly, zrobię jak mówisz, ale nie chciałabyś przedtem rzucić na to okiem? Dasz mi książkę z autografem i żeby mi było łaaaadnie zadedykowane, ona. Więc wysłałem, odczekałem, i dzwonię do Kelly czy mam jeszcze czekać, czy może zadzwonić. Kelly że odezwij się za parę dni, ja zobaczę.

Ludzie. W jaką tragedię wdepnąłem tego wilgotnego manhattańskiego popołudnia, kiedy zadzwoniłem znowu do Kelly. Jaki kłębek nerwów pod przykrywką udanej obojętności przywitał mnie w progu telefonu. Ona „nie wie co się dzieje!”. Ale „nie będzie się tym przejmować!”. Bo ma „tyle innych rzeczy do zrobienia!”. A poza tym jej kot Felcia dostał „zapalenia dziąseł”! A ona i tak musi się pakować, bo jej przyjaciółka w Missouri „właśnie się chajta”.

Było tak. Kelly kilka razy zostawiała wiadomość na maszynie Melissy, bez odpowiedzi. Kelly wie, że Melissa jest w mieście, Kelly nie wie o co chodzi. Poza tym „mało to ją obchodzi!”.

W rzeczywistości Kelly to obchodziło i Kelly wiedziała. Wiedziała instynktownie, że była odtrącana. Młoda, inteligentna, ambitna kobieta z głębi kraju u progu obiecującej kariery była w Nowym Jorku ostrzegana i ewentualnie korygowana, gdyby dalej chciała jeść pałer luncze w tym mieście.

Właśnie sprawdziłem w googlu  i dobra wiadomość, Kelly daje radę.

Ale wtedy w Nowym Jorku ja też wiedziałem co wiedziała Kelly. I więcej jeszcze. Bo choć dalej byłem nowik w wielu amerykańskich sprawach, choć dalej bzdurałem sobie, że skoro tu dobiłem, skoro jest wreszcie wokół ta Ameryka, to jej  wydawniczy outfit tylko czeka żeby mu  na biurka zrzucać prawdę koparami – to z drugiej strony byłem przecież ekspertem w sprawach przeczołgiwania jakiego właśnie doświadczała Kelly. Wywodziłem z orwellowskiego drylu w komunistycznym podobozie, gdzie czarne mogło być białe, jak trzeba, dół górą, a kłamstwo prawdą pod groźbą kuli czy kilku lat w cieniu.

Nietrudno więc mi było rozpoznać po reakcji Kelly, że sprawa miała dużo ogólniejszy i, powiedzmy wprost, potężniejszy wymiar. Właśnie o tę moc nieokreśloną szło, siłę niwelującą w mgnieniu sekundy, można powiedzieć, pewność siebie zdolnej nowojorczanki i jej poczucie zabezpieczenia. Dlatego moja orędowniczka w świecie wielkich mediów była tak zbita –  dobre słowo – z tropu. Tym bardziej, że ona faktycznie nie rozbierała o co tak naprawdę idzie, jakiej hiperenergii stanęła niechcący naprzeciw. To tylko jej plejstocenowa centrala nerwowa, najgłębszy instynkt, szarpnął nią obronnie: u–wa–żaj!!

Po tym spięciu przyszły inne konfrontacje podobne. Zacząłem uświadamiać, że stanąłem rzeczywiście przed ogromną ścianą jak na moje aktualne możliwości. Nie mam czego szukać tu w bieżącym stanie umięśnienia duchowego. Znaczy jeśli rzeczywiście mam to zrobić solo, a nie z całowaniem cudzej ręki.
Myśli zaczęły wybiegać mi za Hudson, w stronę otwartego kraju. Jak wielu przede mną, szansę zobaczyłem w ruszeniu na Zachód.