Po słowie

"Po słowie" do W Polsce wyd. 2010

egzemplarz w Bibliotece mojego "ogólniaka" w Elblągu
To wydanie W Polsce (2010) różni się od dwóch poprzednich (1981, 1983) tym, że nie ma w nim brzydkich słów. Kiedy w marcu 1976 w Sopocie doznałem epifanii literackiej nadciągającej rewolucji solidarnościowej, włącznie z jej ciężkim spartoleniem – i co, nie było jak napisałem? – to do wylewającego się w następnych tygodniach tekstu zaczęły mi się pchać brzydkie słowa drzwiami i oknami, czasownikami, rzeczownikami, przymiotnikami, imie­słowami, i przysłówkami nawet. Naturalnie jako pisarz nie mogłem stanąć w poprzek takiej twórczej fali.

Ile potem musiałem za to wycierpieć. Własny ojciec z matką odwrócili się ode mnie. We wrześniu 1977 przyjechałem, pamiętam, do rodzinnego Elbląga prosto ze spotkania „młodych pisarzy Wybrzeża” w Wieżycy, już trzeźwy. W domu przy sto­le w kuchni siedział ojciec, matka na zakupach. Cześć tato, to, tamto, i po paru minutach wykładam jak fula na stół maszynopis W Polsce. Na zjeździe „młodych pisarzy” kucnęli przed nim za­sadniczo wszyscy – kto nie wierzy, niech dziś jeszcze spyta sto­łujących się tam wtedy Boleckiego, Terleckiego, Pawlaka, Rośka, Chwina itp. W wyniku takiego powodzenia straciłem kontakt z realem rodziny.

Nie na długo. Ojciec w kuchni wziął maszynopis i czyta; miał do niego i to prawo, że pół roku przedtem przesłał mi 500 zeta na jego ukończenie. Ja poszedłem do pokoju i walnąłem się na wersalkę. Po 20 minutach ojciec wchodzi i odbyła się następująca konwersacja. Ojciec:
– Leżysz.
– Leżę.
Pauza. Ojciec:
– Ty, powiedz ty mnie... Ty normalny jesteś, czy nienormalny?
Zignorowałem. On dalej:
– Ja myślałem, że ty coś do poczytania piszesz, a tu takie ot...
– A tata co, jak Szopena w telewizji grają, to nie mówi tata, ot, bzdum, bzdum? A Szopena ilu ludzi przecież w świecie uważa? To jak tata może oceniać?
– Ech ty, oceniać...
Z ojcem żaden syn jeszcze nie wygrał.
W tym momencie szur, szur w korytarzu, z zakupów wra­ca matka. Jeszcze dobrze nie wsunęła stóp w laczki, a ojciec z kuchni:
– No chodź, popatrz. Syn książkę napisał. Czytaj...
– No czytaj – matka.
– Czytaj... – ojciec . – No o, jak pisze ... ... ... ... ... ...
Nie przytaczam, bo już powiedziałem, to wydanie W Polsce różni się od poprzednich. Ale te słowa wtedy tam były, i ojciec odczytał na głos, mocniejsze sylaby wymiksowując, i triumfalnie czeka na komentarz matki.
Matka:
– Ot, wiesz, słyszy że ludzie tak mówią, to i myśli że tak trzeba pisać – matka rzadko pozwalała w sobie na dysonans po­znawczy.
Kulminacja sprawy brzydkich słów nastąpiła w 1996, kiedy mieszkałem w Montanie. Odszukał mnie listownie wtedy Debek, kolo intelektualny jeszcze z PRL, z którym zejścia nie miałem od lat. Ostatni raz wpadł do mnie do East Village pod koniec 80., bo chciał żebym skontaktował go z najbogatszą Polką. Dla dobra oczywiście Solidarności. Oni wtedy tak mieli, tzw. ludzie Solidarności. Z Jackiem Nicholsonem chcieli się spotkać, ten już leciał. Z Dalaj Lamą, w podskokach. Jak w tym powiedzeniu, że jak ktoś zostaje generałem to ordery do niego przychodzą pocztą. Z tzw. ludźmi Solidarności problem był oczywiście, że pra­wie nikt z nich nie był naturalnym generałem. Na zewnątrz tak, na zewnątrz było nazwisko w mediach, udział w torcie po­litycznym, najpierw spontanicznym, nieoficjalnym, potem po 1989 oficjalnym, ale z obiektywnej natury to byli przeważnie góra majorowie, kapitanowie, dużo podporuczników, sier­żanci. Ludzi dużego formatu w Polsce po tornado III Reichu, sowiecizny i PRL nie była nawet krótka ławka, góra gzyms. Moje warszawskie i gdańskie doświadczenia z lat 70. z opozy­cyjnym „gabinetem cieni” były jednym z powodów, że latem 1980, jeszcze przed podpisaniem Porozumień Sierpniowych, zakończyłem W Polsce taką wizją jaką zakończyłem. O podpisa­niu Porozumień dowiedziałem się w autobusie z Sejn do Suwałk w drodze powrotnej do Warszawy z przepisanym już dla NOWej maszynopisem w torbie. Kolebaliśmy się jelczem jak to w sza­rym PRL, połowa pasażerów, w tym ja, na stojąco, a tu kierowca w pewnym momencie zgłaśnia radio i na cały pojazd idzie trans­misja z podpisania Porozumień. I ludzie w tej jednej losowej krop­ce Polski, w puszce blaszanej pędzącej 70 na godzinę, zaczynają spontanicznie klaskać. Chętne, dźwięczne oklaski. Tylu ich, tyle kropek, nadziei, poprzez kraj. I ja wśród nich z maszynopisem książki, w której zakończeniu stoi, że to będzie chochoł. Gorzkie.
I ten kolo z PRL Debek odszukał mnie w 1996 listownie w Montanie, że chce kupić prawa do W Polsce, film metrażowy zrobić. Z aktorami, dialogami, muzyką, Muńkiem Staszczykiem w czołówce, pełna popsztuka. Zrobić mógł, bo miał firmę fil­mową, sprzedawał produkcje i może jeszcze ważniejsze, za prezydenta Wałęsy był szefem Radiokomitetu, ministrem, miał w Warszawie znajomości. „Układy”, jak określił. W odpowiedzi piszę: Debek, czas na W Polsce.
Bo był. Przypomnijmy. Rok 1989 – środowisko główno­dowodzące KOR, dziś lepiej znane jako środowisko „Gazety Wyborczej” lub po prostu „Czeka”, uuup, pardą, „Czerska” (od ulicy przy której mieści się jego intelektualna machina nisz­cząca), ubija z reżymowymi gangsterami transformacyjne­go machloja przy udziale grupki solidarnościowych majorów jako paprotek i hierarchii Kościoła jako kelnera. Rok 1993 – w efekcie skutków tej etniczno-mafijnej „transformacji”, a także mocząc się ze strachu przed wilczymi dmuchami realnej wolności, naród (ironia, chodzi o lud) regresuje się i zaprasza z powrotem do żłobu zmimikrowanych jako „socjaldemokraci” postczerwo­nych. Rok 1995 – naród (jaki tam naród) w złudnej nadziei, że państwo-niańka powróci i już nigdy nie porzuci, dokooptowuje dla pewności postkomucha jako głowę kraju.
Mieszkałem wtedy w Montanie i dochodziły mnie słuchy, że słynny polski papież JP II miesiąc czy dwa nie chciał po tym z nikim z Polski rozmawiać, tak go wnerwiło. Ja nerwowo przygotowany byłem od 20 lat (patrz W Polsce), tak że pokiwałem tylko głową. Dodatkowo w 1981 stałem się podmiotem uzupełniającej epifanii, doprecyzowującej tamtą z 1976 z Sopotu. Do nowej doszło, kiedy szedłem wieczorem w górę rue Norvins na Montmartre w Paryżu, z torbą podróżną w jednym ręku, marlboro w drugim, w piątek 18 grudnia 1981, pięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego. Doznanie trwało parę se­kund, ale jego żywioł przeniknął mnie w głąb i wszerz do limitu, nawet w dość realnym sensie odczułem jakbym prze­kroczył gabaryt osoby. Zresztą – i raczej to chyba może być prawda – może my tak cały czas istniejemy, w sensie realnym rozszerzonym, a tylko jaźń nieczęsto rzuca nam na to świat­ło. W każdym razie od tamtego piątku na Montmartre po dzień dzisiejszy, 28 lat, nic nie straciło tamto doznanie we mnie na intensywności. Trwa, jarzy się, podkreśla swój mesydż, a podążając we mnie ze mną przez świat, obtacza się, wzbogaca o kolejne interpretacje na bazie nowych doświadczeń, przemyśleń, lektur, słowem, nabiera epifanijnego ciała.
Mesydż tej epifanii z rue Norvins wyraził się w formie gnie­wu. Nic w tym z góry złego. Ile razy np. we wszechświatku mę­sko-damskim, zwłaszcza w początkowych momentach tych Big Bangów, mężczyzna wybucha, bo mu kobietka jakoś tak pod włos, pod włos, i mężczyzna się spienia – a ona tymczasem zadowolo­na, bo już na pewno wie, że kocha. Na rue Norvins oczywiście Polska nie sprawdzała, czy ją kocham, bo znaliśmy się jak dwie łyżki w szufladzie, tylko szlag mnie trafiał za aborcję kolejnego embriona niepodległości. Do tego zmierzam: na kogo ten gniew epifanijny, epifanijna myśl wewnętrzna, można by rzec, była nakierowana. Otóż nie na gangsterów stanu wojennego. Nie na uwalonego Marksem Rusaka. Tylko – na szeregowego Polaka. Na zwyczajnego Polaka. Na Polaka z wzdłuż i wszerz Polski. Co się wykłada – dla tych co nie umieją jeszcze odczytywać epifanii – że z tego embriona niepodległości kraju, którego puls wzmógł się w latach 70. za przyczyną energii mojego pokolenia poczęte­go w odrodzeńczym powojennym zygotowym boomie, przy­szedł na świat w formie Solidarności słabeusz i wcześniak. Popatrzmy dziś na konterfekty bohaterów Solidarności Walczącej – nie Solidarności; Solidarności Walczącej, podkreślam – usze­regowane na jej pamiątkowych portalach, w dokumentach, książkach. Na ten naturalny wysyp inteligentnych twarzy sło­wiańskich, biografii rodzinnych zanurzonych gorąco w historycznej Polsce. Na potomków rodów ziemiańskich, żołnierskich, akademickich, na wiernych, walecznych. To był trop, tędy miała formować się baza dla warstwy przywódczej powojennie rozwijającego się płodu niepodległości polskiej. To była auten­tyczna kontynuacja tradycyjnej elity polskiej. Spóźniona w samoświadomym zgęszczonym nadejściu o pół fazy. Ale... może niespóźniona właśnie. Może rok 1980 to był właśnie – egalitarno-„puławiański” – wcześniak.
Wiek XX egalitarny. Oba diaboliczne totalitaryzmy wieku XX, nazistowski i bolszewicki, czerpały swoją pierwotną energię z egalitaryzującej się – volkswagen i kołchoz – świadomości mas. To była noc wieku XX egalitarnego. Z światła dnia wieku XX egalitarnego wypłynęła Solidarność. W tym – europejski polityczny i „humanistyczny” egalitaryzm w poważnym stopniu będący pro­stacką kalką doktryny chrześcijańskiej – za sprawą „Niech zstąpi Duch Twój”. Byłem w 1979 na Placu Zwycięstwa, wiem. Wzeszła rok później Solidarność wkrochmaliła się w tektoniczny proces politnarodowy wielokrotnie ogromniejszy od Polski. Jak dzieciak o 6 rano powiedziawszy Słońcu „wzejdź” – dziś samołudzi się, że była primus movens. Kiedy w latach 90. jadąc przez Amerykę zobaczyłem pożar prerii, myśl popruła mi właśnie prosto do pol­skiej Solidarności. Której ani w sierpniu 1980 ani nigdy potem nie czułem – i poszedłem z tym do druku, ponieważ uważałem, że czułem (nie czując) cząstkę ważnej prawdy. Z punktu widze­nia tego o co mi chodzi myślę, że rejestrowałem prawidłowo. Solidarność na Placu Zwycięstwa AD 1979 od „Ducha Twego” jak trawa prerii od pioruna się zajęła, ochotą podeschłego pa­triotyzmu polubownie maluczkich wszechrozbuchła, a kiedy przyszło pierwsze większe gradobicie zadymiła gasnąco i siadła posykując tu i tam w kępkach. A potem wiadomo, Sowiety się samozapadły i Historia znowu wrzuciła Polakom do ich kata­ryny z „Jeszcze Polska” czerwońca wolności. Tak, świnkę, nie­stety. Sowiet-Rus narżnął nas najpierw jak sieczki, nadeptał, naparł sapogę na gardle, na sercu, sumieniu, na czym człowiek ma tam jeszcze godnego, a potem, bardziej Rus niż Sowiet, po pół wieku kiedy mu w podmóżdżku trzasło i musiał się zawiesić – wolność „podarował”. Jak w 1918 Teuton przeciwko Entancie. Z tym że wtedy prawdziwe 11 Listopada Polaków odbyło się w 1919-20, kiedy kraj został osadzony metafizycznie, tak trzeba powiedzieć, w swojej niepodległości, podpisując jej deklarację wolą walki bez granic. My musimy – są różne sposoby – jeszcze nasz rok 1920 mieć. Nie wiem jak reszta; ja przynajmniej tego tak nie zostawię.
System sowiecki załamałby się z papieżem czy bez. Z Reaganem czy bez. Z Gorbaczowem czy nie. Upadek sowietyzmu to nie był w pierwszym rzędzie efekt gwiezdnych wojen, prze­robów ekonomicznych, cen ropy. Sowiecka komuna osiągnęła punkt przechylenia bez powrotu w momencie, kiedy skomuni­zowana etniczna elita rosyjska zaczęła dominować w sowieckim etnicznym balansie władzy. Kiedy w czeluściach sowietyzmu gib­nęła przeważająco etniczna rosyjska kolektywna wola. Długo nie było mądrych, długo „nikt” nie przewidywał „tak nagłego” upad­ku Związku Sowieckiego; podobnie jak dziś trudno anty-„nacjo­nalistycznym”, anty-„rasistowskim” świętoszkom przewidzieć rozkład Ameryki, gdy tymczasem gibbonowskimi krokami on nad­chodzi. To wynik powojennego przedobrzenia naszego myślenia, czmychającego gdzie pieprze rośnie na pierwsze rozpoznanie etnicznej przyczynowości. Post-MeinKampf świat drugiej połowy XX wieku nie odważał się patrzeć na Sowiet-Rosję w kategoriach przyczynowości etnicznej, tylko bliżej nosa, ekonomii, ideologii, militarnego kułaka, lub od nosa za daleko, religijnego różdżkar­stwa. Nie prowadzono się tak świętoszkowato w etnicznym anali­zowaniu bolszewii do roku 1939, jak wiedzący wiedzą.
W wielkiej skali ten proces rozpoczął się boomem pronaro­dowej ideologii, wymuszonej matacką „wielką wojną ojczyźnianą” Gruzina z Austriakiem. Reszta, tj. gigantyczne załamywanie się i zapadanie nadskomplikowanego systemu sowieckiego do pozio­mu prostszych politycznie, etnicznie i geograficznie gradientów etni rosyjskiej, była sprawą czasu. To dopiero w latach posta­linowskich, a praktycznie 60. – mając na uwadze Chruszczowa związki z Ukrainą – zaczęli w Sowietach dochodzić do niekwe­stionowanie decydującego wpływu Rosjanie etniczni. I polity­kować – blood thicker than water – na bazie mniej lub bardziej uświadamianego etnicznego interesu rosyjskiego. Ci dominujący już rosyjscy etniczni bonzowie Kompartii zaczęli wraz z utwierdzaniem się ich etnicznej dominacji pozwalać sobie et­niczny rosyjski interes czuć, z czasem rozumieć, włącznie z in­stynktową reewaluacją, jakie dominia opłaca się Rosji mieć, a jakie trzymać tylko na postronku zależności. Kiedy wreszcie opadł pył na gruzowisku Związku Sowieckiego, okazało się, że przekomponowany w ten sposób obszar polityczny niewiele od­biega od linii zakreślonych tradycyjnymi politycznymi apetytami carów. Rosja powróciła do swojego „normalnego” rosyjskiego by­czego chamstwa.
Oczywiście, proces ten ulegał przyspieszeniu w ramach dy­namiki tzw. jesieni ludów, a przedtem czynników wymienionych, ekonomii, Reagana, papieża, przerobienia się ideologicznego, bioboomu mojego pokolenia, nawet wyzuwających się już pod­czas pierwszego numeru ze swoich marynarek The Animals, któ­rzy w 1965 koncertowali w Hali Stoczni o rzut śrubokrętem od sali BHP. Był również w grze i ten fakt – uwaga, uwaga, znowu tektonika etnicznego kolektywnego interesu w akcji – że w latach 1960. żydowskie ciało etniczne, do tamtego czasu w szeregu roz­członkowań będące pospólnikiem nowotworu sowiecczyzny, roz­poczęło konsekwentny atak śmierci na rusyfikujący się proarabsko (czyt. antyizraelsko) Kraj Rad. Patrz w tej kwestii etnorozwałka w naszej własnej pożal się Boże peerelowskiej intelektualnej opo­zycji 1976–89; patrz W Polsce. Ale w sumie, wszystko to były ra­czej współczynniki dziania się, o których obserwatorzy historii mówią, że rewolucje nie zachodzą relatywnie wkrótce po przej­ściu przez system szczytowego momentu, ale kiedy procesy zmian w wyniku nieodwracalnego już rozpadu nie następują zbyt szybko.
Jeżeli ta interpretacja jest bliska procesowi faktycznemu, to intensywna celebracja przez Polaków „bezprecedensowego feno­menu Solidarności” wyrządza szkody w głębszych pokładach du­szy polskiej, jak wyrządza szkody adorowanie nieudałego symbolu religijnego. I jak adorowanie symbolu religijnego, rzecz odbywa się w najgłębszych poziomach psyche i fizycznie niemal nieza­uważalnie, niejako pod snem – lecz negatywne w tym wypadku skutki prokurując dalekosiężne. Dla Polaków najlepszy zapewne moment szczytowania kontrsowieckiego, choć znacznie mniej światowo spektakularny, ale korzystniejszy narodowo, byłby ok. dekadę później. Do połowy lat 70. dodać lat circa 10–15. A tak jak było, jak się odbyło, przyszedł nam wcześniak. Patriotyczny pożar polskiej trawy, egalitarny podsycony polkatolickim mesjanizmem XX-wieczny bunt polskich mas, który 13 grudnia 1981 dostał w czapę raz, padł i nigdy już swojego narodowego płaszcza z zie­mi nie podniósł.
Ja wiem, znajdą się gorliwi i chętni, co by tu zaraz po tym co mówię poskakali jak po leżącym. Skakać można sobie chcieć, ja i w 1976, i w 1980 nie pisałem inaczej. Ja stoję.
Więc tak było i się zmyło. I w pierwszym roku dekady pre­zydenta postkomucha, 1995–2005, kolo z PRL Debek pisze mi do Montany, że chce prawa filmowe do W Polsce kupić. Sprzedałem. On wziął książkę, karty kredytowe i poleciał na Wyspy Kanaryjskie. Po miesiącu przysyła mi do Montany scena­riusz. Matko dobrej wiary. Panno zaranna. Pocieszycielko strapio­nych. Tragedio poptalencia. Co za mechaniczny odwzornik mu na tych Kanarach wyszedł. Ja już zapomniałem jaki Debek jest pono­woczesny kopiarz. No i wisienka na torcie – zachował wszystkie brzydkie wyrazy.
Odpisałem, że owszem, wściekłość sił zaczopowanych pod społecznym spodem, które są w stanie psychotycznie walić i na­wet mordować, jeśli innego ujścia nie ma, była jednym ze źró­deł takiego języka w tekście z roku 1976. Dziś – piszę Debkowi w 1996 – ta energia przelała się w „siły rynku”, „konkurencję eko­nomiczną”, „procedury legislacyjne”, ale ciągle ma tę samą zasadniczą chamską częstotliwość wskutek panujących prymitywnych reguł gry. Język „spod spodu”, jaki opowiadanie wtedy namierzy­ło, jest dziś w kraju prawie że językiem naturalnym życia. To minie, dalej kolowi z PRL wykładam, przenosić ten język do filmu dziś to tracić kontakt ze współczesnością. Doraźność, współczes­ność dwie różne bajki. Robiącemu swoją robotę sztukmajstrowi doraźność trzeba wyprzedzać o tę parę dekad, temat łapać, kiedy krąży jeszcze w powietrzu, a nie kiedy walnął już kadłubkiem na ziemię. Dziś brzydkich słów nawsadzać nie sztuka, byle dewelo­per w „komórkowej” nawijce puszcza ich więcej, niż było w całym W Polsce. Dziś trzeba czuć co z Polską za 20 lat będzie, i dobre wesprzeć, złemu ryło skuć. Napisałem kolowi z PRL dydaktycz­nie. Jak ktoś myśli, że kit wtykam, niech poczyta recenzje w necie z fabuły jaką Debek sześć lat później skręci, i jak na konferencji prasowej zaszpanuje, że mimo iż akcja toczy się w więzieniu, w całym filmie są dwa tylko – dwa! – słowa zanieczyszczające. Czułem swoją rękę.
Z filmu ostatecznie wyszły nici. Debek w Komitecie Kinematografii i TV kasy na niego nie dostał. Jeden powód mógł być, i miał rację być, że cienki scenariusz. Drugi, niewykluczony, że kiedy Debek w 1991 był prezesem na Woronicza, to chciał wy­rzucić stamtąd wszystkich ubeków. Nawet zrobić opcję zerową, czyli żłób zamknąć, hołotę rozpędzić i nabór zacząć od nowa. Chlapnął tu i tam o tym półpublicznie, a w polityce to jest jak publicznie. Więc niewykluczone, że ubecy, których nawet dziś jest tam jeszcze jak much nad łajnem – raz ubekiem, zawsze ubekiem – włożyli mu kij w szprychy. A nie był Debek w 1996 już taki mocny. Mocny to on był w 1991, kiedy był Prezesem; tyle że po niecałym roku połączone oddziały postkomuchów i Czeka, uuup, pardą, Czerskiej, go wyślizgały. Sam, prawdę po­wiedzieć, im ten róg złoty wrzucił w podołek, bo rozchlastał po pijaku furaka i syk był na 14 gazet. Jak przymrużyć oczy, jak z dystansu popatrzeć, to stało się z Debkiem to, co z Abkiem, Bebkiem i Cebkiem, robiącymi rewolucję w willi-chałupie Febka w opowiadaniu, z którego przez lata Debek film kombinował zrobić. Przez sandwiczowy charakter protagonistów, robotni­ka-studenta-młodego intelektualisty w jednym, opowiadanie prognozowało generalne zachowanie się pokolenia polskich powojennych boomersów, którzy wypełnią zasadniczą energią nadwiślańskie wrzenie lat 1970/80. I główny mesydż ich zacho­wania w tej historii jest taki, że kiedy sami dorwą się do stołu, willi, władzuchy, hamulce obyczajowe i nity kulturowe osobowości puszczą im jak tania farba. I tak było. Taka była historia całego tego pokolenia, w USA, na Zachodzie, i w Polsce. Tylko że w Polsce miało ono zrobić niepodległość – a zaczęło obsłu­giwać własne popędy zanim jeszcze skapcaniały Iwan pierwszą atomówkę z kraju wydyrdał.
I tak opowiadanie W Polsce zatoczyło koło. Wróciło do tego słonecznego majowego popołudnia w Oliwie roku 1976, kiedy pojechałem kolejką z Sopotu pokazać Debkowi ukończony tego ranka w ołówku rękopis W Polsce, i którego on był pierwszym en­tuzjastycznym czytelnikiem, wkrótce popularyzatorem, i do któ­rego się „dziwnie” na drogę zdarzeń przywiązał. Jak w micie.
I jedno jeszcze tylko powiem. Gdzie jesteście dziś, Abki, Bebki, Cebki polskiego powstania intelektualnego 1970/80. Wytężam oczy, żeby choć jednego dojrzeć, który nie rozsprzedał daru ponadprzeciętności. Jedno jest pewne. Ludzie muszą umie­rać, inaczej świata już by dawno nie było. Ludzie wzdychają, o, gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła. Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła, ludzie, życie by dawno odwaliło kitę. Ludzie umierają, gdyż inaczej w kilka pokoleń umarłby świat. A ci którzy się nie dają przejdą świat. Tak mówi nasza religia.

Seattle – listopad 2009

("Po słowie" do W Polsce wyd. 2010)